Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Krzysztof Zanussi

     "Każdy rodzaj fałszywej słodyczy w religijności drażni, akurat kult maryjny miewa swoją twarz nieszczerą, ale mnie ona nic nie obchodzi."

     ROBERT:

     - Dzień dobry. Witam wszystkich serdecznie. Dziś w Pocieszeniu i strapieniu naszym gościem jest pan Krzysztof Zanussi. Witam serdecznie.

     KRZYSZTOF ZANUSSI:

     Kłaniam się.

     - Przyszedł taki czasm że wiele osób, szczególnie młodych, zaczęło mówić o swoim spotkaniu z Jezusem Chrystusem. Czy dla pana ta sytuacja cokolwiek znaczy? Czy pan, jako osoba, która w ostatnim okresie nie musiała przeżywać gwałtownego zwrotu, czy ma pan jakiś stosunek do tej sytuacji?

     Ludziom, którym dane było takie niespodziewane objawienie, ludziom którzy tak jak Frosardowi spadł nagle promień na głowę, tak jak Szawła zrzuciło z konia i wszystko stało się jasne i klarowne, nie wiemy jak to było. Każdy z nich musiałby o tym opowiadać i chyba nikomu takiego doświadczenia nie można przekazać. Frosardowi się nie udało, czytałem jego słowa. Nie sposób tego powiedzieć. W ogóle rzeczywistości mistycznej ująć słowami ani żadnymi innymi środkami którymi dysponuje sztuka nie sposób ująć. Ona się gdzieś wymyka, trzeba tę drogę samemu próbować przejść, żeby w ogóle zrozumieć o czym się mówi. Mnie nie dane było takie olśnienie, ale też Bogu dziękuję, że nie miałem nigdy przeżycia rozstania. Nigdy nie zwątpiłem tak, żebym przestał wierzyć, żebym miał przekonanie, że Boga nie ma, że Chrystus nie istnieje, że nie jest rzeczywisty, że jest może tylko jakąś historyczną rzeczywistością. Nie przeżyłem takiego momentu. To też jakaś łaska, bo te złe czasy mojego dzieciństwa, czasy, kiedy nie było sposobu zbuntować się na Kościół, już nie mówię na Pana Boga, bo ten Kościół był prześladowany. Buntowanie się przeciwko prześladowanemu było po prostu małoduszne i głupie. Mojego katechetę aresztowano. Gdzież miałbym się denerwować na księży, złościć na Kościół. Było to głupie i płaskie, nikomu do głowy nie przychodziło. Chociaż pamiętam wśród mojego pokolenia, ludzi wierzących, niechęć do Piusa XII była jednak dosyć powszechna, prawdę mówiąc ja ją też zachowałem w sercu. To nie jest papież którego darzę ciepłym wspomnieniem. Ale w końcu to jest historia, to nie ma żadnego znaczenia, nie ma to nic wspólnego z moją wiarą.

     Po szkole szybko znalazłem się w środowisku ludzi nauki. Byłem na moich pierwszych studiach fizykiem. W tym kręgu fizyki nastąpiło natychmiast uwiarygodnienie wiary. Wiara widziana oczami ludzi obcujących z nieskończonością w swoich równaniach, obcujących z kosmosem była wiarą dosyć oczywistą. Niewiara byłaby czymś takim, co by budziło zdziwienie, zakłopotanie. Koło nas był profesor Infelt, który obnosił się jakby z ateizmem, ale nawet ten ateizm nie miał tego charakteru, który się zdarzał u humanistów, którym z jakiegoś rozumowania wynika, że wszystko jest tworem ludzkiego umysłu, że Bóg jest naiwnym złudzeniem, że to z rachunków ekonomiczno-psychologicznych, ekonomicznych wynika. Wśród ludzi nauk ścisłych taki rodzaj prostactwa w ogóle się nie zdarza. Nie spotkałem nikogo, kto by tak na to patrzył. Zostałem w jakiś sposób ugruntowany w swoich intuicjach przez to, że najmądrzejsi z którymi się spotykałem byli albo ludźmi wierzącymi albo obchodzącymi tajemnicę z tak wielkim szacunkiem i pokorą, że niczym mi nie stawali w poprzek.

     Ja jestem, niestety, z bardzo małej rodziny. Było nas praktycznie troje, dwoje rodziców, nie miałem rodzeństwa. Moich najbliższych wojna zniszczyła niemalże na moich oczach, nikt nie został. Nie miałem babci ani dziadków bo wszyscy zginęli. Zostali moi rodzice, z którymi miałem bliski kontakt, jaki musi mieć jedynak w chwili historycznej katastrofy, jaką były lata powojenne i wojna. Oboje rodzice umieli mi coś przekazać, na rożne sposoby. Ojciec był umysłem sceptycznym, zbuntowanym, często drwiącym, ale był człowiekiem wierzącym. Matka jest wierząca w sposób bardziej spontaniczny, serdeczny, mniej wyrozumowany, ale bardzo trwały i też miała swoje okresy gniewu i buntu. Zresztą przy takiej biografii, przy tak ciężkim życiu jakie miało tamto pokolenie, to trudno o taką pokorę, żeby wszystko znieść bez słowa skargi czy protestu, ale nigdy te rozterki nie były mnie przekazane. Ja traktowałem całe przesłanie religijne jakie ja otrzymałem w domu jako rzecz naturalną. To się zbiegało z kręgiem moich przyjaciół, z kręgiem rodziców dzieci, z którymi byłem zaprzyjaźniony. Może to była nawet nadmiernie komfortowa sytuacja.

     W szkole, z drugiej strony, była ogromna kontrakcja. Byli bardzo inteligentni koledzy nastawieni na gwałtowną ateizację, musieliśmy się bronić i wykręcać od przypierania do muru. Stąd dzisiaj, po pięćdziesięciu latach, kiedy opowiadałem o swoim dzieciństwie, zrobiłem taki film Cwał, to przypominałem tam wszystkie pułapki moralne. Pamiętam, że w szkole ktoś mi wygrzebał w mojej teczce zdjęcie na którym byłem w komży, bo służyłem do mszy. To była rzecz, która groziła wyrzuceniem ze szkoły. Kiedy zawołano dyrektorkę żeby mnie zdemaskować to ja szybko to zdjęcie zjadłem i byłem z siebie bardzo dumny, bo nie zostałem zdemaskowany. Chwilę potem pobiegłem do kościoła, przerażony, co ja właściwie zrobiłem. Świeżo przeczytałem Quo Vadis, tutaj chrześcijanie oddawali się na pożarcie lwom dając świadectwo Bogu, a ja zeżarłem fotografię, bo byłem w komży. Było mi strasznie wstyd. Ksiądz, który był mądrym księdzem, wyczuł jaka jest miara mojego heroizmu i co znaczą te dziecięce egzaltacje i poradził mi to co powiedziałem w filmie: - Następny raz w takiej sytuacji nic nie mów, nie musisz kłamać, nie odpowiadaj na pytania. W ten sposób uczył mnie sztuki szukania własnej miary. Bo heroizm musi mieć własną miarę, nie wolno być heroicznym nad miarę, bo potem się będzie żałowało, potem się człowiek wycofuje i psuje jeszcze bardziej.

     Mądrość ma to do siebie, że nie daje się zawrzeć w jednym prostym słowie. Ostatnio tego doznałem, to jest doświadczenie sprzed paru miesięcy. Nagle tamte lata dziecięce, lata zmagań z ideologiczną presją powróciły jak groteska, bo byłem w południowych Indiach. Tam jest od ponad 40 lat rząd komunistyczny, w kilkudziesięciomilionowym stanie na południu, gdzie jest 1/4 chrześcijan, 1/4 muzułmanów i połowa hinduistów, rządzą marksiści. Jest naczelny ideolog, sekretarz partii, który był przyjacielem Stalina, jak wyznał w czasie debaty. On mnie publicznie zaatakował, jak ja mogę przywozić przesłanie chrześcijańskie, przywiozłem film napisany przez papieża, film Brat naszego Boga. On mnie wyzwał na debatę po tym filmie. Wyciągnął z pamięci te swoje cytaty i powiedział: - Jak pan, człowiek wykształcony, może wierzyć w taki stek sprzeczności jak Biblia. I zacytował mi to, że z jednej strony Chrystus nakazuje nadstawić jeden policzek, a z drugiej wypędza przekupniów ze świątyni. Nie byłem pewien jaką egzegezę przyjąć wobec tysięcznej publiczności hinduskiej która w ogóle nie zna Ewangelii, nie wie właściwie o czym mowa. Nagle z sali ktoś mi przyszedł z pomocą. Wstał jakiś człowiek i powiedział: - Nasz gość zapewne nie zna sanskrytu, a tam jest takie powiedzenie, że mądrość zaczyna się tam, gdzie rozum się kończy. Właśnie rozum potrafi zawrzeć w jakimś zdaniu jakieś polecenie, jakiś imperatyw, natomiast mądrość to jest zrozumieć co to znaczy właśnie wśród sprzeczności, dlaczego to tak jest, że jest i jedno prawdą i drugie, i policzek nadstawić i przekupniów ze świątyni wypędzić, i pokój przyniosłem i miecz przyniosłem. Między tymi sprzecznościami jest dopiero mądrość której trzeba szukać przez całe życie, dokopywać się do niej poprzez własne odkrycia, bo to się nie da inaczej przekazać.

     Gdyby mądrość dała się przekazać depeszą, to byśmy ją wszyscy wysyłali i odstawali od wszystkich, ale nie ma takiej możliwości. Mądrość jest czymś, w czym człowiek się kopie głęboko i kopie się całe życie, przebija się przez własną słabość, własne ograniczenie, własną niepewność, własny zmącony umysł. Czasami coś z tej mądrości poczuje. To jest ten dramatyczny proces który się nazywa wewnętrznym wzrostem, ale tego się nie da łatwo, racjonalnie zamknąć. Marksista, który mnie atakował i który chciał prostego, racjonalnego rozwiązania, dysponował naprawdę naiwną teorią, która w rzeczywistości doprowadziła świat do zbrodni, okazała się tak niebezpieczna. Ewangelia oczywiście też źle przeczytana doprowadziła ludzi do zbrodni, chociaż nieporównanie mniejszej i nie wolno tego porównywać. Ewangelia przeczytana w dobrej wierze nigdy do czegoś takiego nie doprowadzi.

     - Powiedział pan o sytuacji, która dla większości naszych słuchaczy jest zupełnie egzotyczna. Miał pan do czynienia z młodymi ludźmi w krawatach, którzy panu udowadniali, że jest inaczej niż pan usłyszał w domu. Jak pan pamięta tych ludzi? Czy stało się z nimi coś ciekawego, czy miał pan okazję śledzić losy któregokolwiek?

     Tak, z wieloma z nich jestem zaprzyjaźniony do dzisiaj, chociaż nie są to łatwe przyjaźnie, bo i wtedy nie były to prawdziwe przyjaźnie. Myślę, że to byli ludzie, których już wtedy rozumiałem, że oni instrumentalizują ideologię, że oni nie tyle w nią wierzą, co wierzą, że to jest wspaniałe narzędzie do bycia wyższym. Może byłbym bardziej przejęty tą niegodziwością gdyby nie fakt, że ja już wtedy przeżyłem wojnę. To jest dopiero egzotyczne. Ja jestem już na tyle starym człowiekiem, że mam pamięć tych lat wojny, które przeżyłem mając zaledwie kilka lat, ale których doświadczenie kruchości własnego losu, doświadczenie zdziwienia, że ja jeszcze żyję a obok mnie przed chwilą zbombardowali dom i tam już wszyscy zginęli, doświadczenie marszu przez płonącą Warszawę, kiedy ktoś do nas strzelał i co jakiś czas ktoś padał w tym tłumie ewakuowanych warszawiaków. To wszystko zostało w pamięci. To są takie obrazy. Wracam do nich, gdyby ktoś chciał robić z tego malarstwo na pograniczu surrealizmu, pamiętam jak zobaczyłem płonące żyrafy Salwadora Dali i oburzyłem się: - Co ten człowiek za głupstwa opowiada, ja widziałem konie, które były podpalone napalmem i one płonęły i biegły, to było naprawdę straszne. Dla mnie ten Salwador Dali wymyślił coś zupełnie nieważnego, coś wymyślonego a to była prawda. Jak się to przeżyło, jak człowiek zrozumiał, że jego istnienie nie jest koniecznością, że może być, a mógłby nie być, to też poczucie, że ktoś chciał że ja jestem, stało się dużo bardziej namacalne. Wtedy wszystko inne, co inni ludzie chcą ode mnie czy mówią, staje się również inne, inaczej na to patrzę. Myślę, że to egzystencjonalne doświadczenie śmierci, którą się przeżyło w dzieciństwie, zaważyło. Nikt już więcej nie zrobił na mnie wrażenia bo nikt nie był w stanie przeważyć tamtych doświadczeń.

     - Czy z dzisiejszej perspektywy są jakieś momenty węzłowe w pana relacji z tym, co nieuchwytne?

     Nie będą to takie momenty węzłowe. Na pewno przeżyłem wielkie rozterki, kiedy nie wiedziałem co z moim życiem zrobić. Jeden z tych momentów spędzałem w Tyńcu, więc było to miejsce przez swoją pamięć szczególne. Wpływ ludzi których tam spotkałem był zbawienny, powiedzieli mi coś ważnego. Dylematy życia były w naturalny sposób dylematami religijnymi, nawet rozgrywały się w miejscach związanych z kultem. Ale to przypadek, one mogłyby się rozgrywać tak samo gdzie indziej, natomiast miałyby ten wymiar, który prowadzi do pytania: - Po co zostałem do tego życia powołany? Dlaczego zostałem zachowany przy życiu i do czego to mnie zobowiązuje, co mam z tego powodu zrobić? Co mi wolno, czego mi już nie wolno? To zostało mocno zapisane i towarzyszyło mi przez całe życie.

     - Czy był moment, w którym pana wiara dorastała? W naszym programie już z bardzo wieloma osobami rozmawiałem, które bardzo dobrze pamiętają ten moment, w którym taka wiara dziecięca, oparta bardziej na ufności, zamienia się w wiarę inną.

     To się musiało stać, ale ja nie wiem kiedy. Może dla tego, że ja chyba nigdy nie byłem dzieckiem. Nie byłem dzieckiem nie dla tego, że urodziłem się taki nadzwyczajny, ale jeżeli dziecko pan wrzuci w środek płonącego miasta, w bombardowanie, w egzekucje, to ono już nie jest dzieckiem. Ja rzeczywiście podejrzewam, że nigdy dzieckiem nie byłem. Byłem na pewno dziecinny, ale nigdy nie widziałem świata takimi szczerze niewinnymi oczyma, nieskażonymi nieszczęściem. Ja to nieszczęście widziałem prawie od urodzenia. Urodziłem się chwilę przed tym, jak nas bombardowali po raz pierwszy i to powoduje, że ja nie pamiętam przełomu. Miałem 15 lat jak poszedłem na uniwersytet. To brzmi efektownie, jak miałem 16 zacząłem zajęcia studyjne. Ten jeden rok to trik kalendarzowy. Rzeczywiście byłem szalenie młodym człowiekiem, i starym człowiekiem już wtedy. Może byłem dużo młodszy później, jak już dojrzałem, jak zyskałem tę odrobinę pewności siebie, odrobinę przeświadczenia, że wiem co się ze mną dzieje. Wtedy mogłem sobie pozwolić na więcej beztroski, śmiechu, więcej zabawy. To było bardzo późno. Wielu rzeczy może dopiero teraz się uczę, gdy dobiegam sześćdziesiątki bo czuję się dużo mniej zagrożony teraz, ale czy taki moment nastąpił gdy wiara urosła, nie wiem. Myślę, że ten moment jeszcze jest przede mną, bo jeszcze najcięższe próby są przede mną.

     Myślę, że spotkałem w życiu paru świętych. Mam o paru ludziach, z którymi się spotykałem i spotykam do tej pory, podejrzenie, że oni są święci. Przywykłem do tej myśli, że święty to jest jeden z nas, że do świętości powołani jesteśmy wszyscy i że ta świętość jest jakąś świętością powszednią.

     - Czy czuje się pan intelektualistą?

     Ja nie bardzo wiem co to słowo znaczy. Czasami jest ono uważane za obelżywe, czasami uważane za rodzaj wyróżnienia. Jesteśmy na przełomie wieków. Nie wiemy z jakiego języka tłumaczyć to słowo. Ono co innego znaczy w naszej, polskiej tradycji - wystarczy być inteligentem. Ja nim jestem, kwalifikuję się do tej grupy społecznej, która jakby zanika. Natomiast na przykład w anglosaskim rozumieniu intelectual to nie jest nic specjalnie pociągającego, to są zazwyczaj takie łyse głowonogi, jest to coś takiego co wygląda podejrzanie.

     - Ja zapytałem o to tylko dlatego, że istotne pytanie jakie chciałem panu zadać, to pana stosunek do maryjności, do czegoś, co jest chyba specyficznie polskie i do czego intelektualiści mają też specyficzny stosunek.      Ja bym odpowiedział raczej jako mózgowiec, żeby to wyróżnić z intelektualistów. Oczywiście jestem mózgowcem, to jest pewna kwalifikacja psycho-somatyczna. Ja nie byłem nigdy nastawiony jakoś krytycznie, szyderczo do kultu maryjnego. Pamiętam, że pielgrzymki były dla mnie wyrazem czegoś pięknego od dzieciństwa. Zawsze uczono mnie rozumieć, że pieśń maryjna czy kult Matki Boskiej Częstochowskiej jest czymś tak naturalnym, czymś tak dopełniającym naszego kontaktu z Boskością Osobową, że nigdy nie miałem na tym tle odrzutu. Oczywiście, każdy rodzaj fałszywej słodyczy w religijności drażni. Akurat kult maryjny miewa swoją twarz nieszczerą, ale mnie ona nic nie obchodzi. Staram się z nią nie spotykać, bo ona jest przedmiotem zgorszenia, natomiast nigdy mnie to zgorszenie specjalnie nie przejęło. Nie jestem człowiekiem, który by buntował się przeciwko temu, że ten kult jest wpisany w kulturę mojego kraju. Ja się raczej z nim solidaryzuję, nawet w jakimś stopniu utożsamiam.

     - Ma pan wyróżnioną pozycję, może patrzeć pan na ludzi mieszkających w naszym kraju oczyma odrobinę z zewnątrz, poprzez losy własnej rodziny, poprzez pozycję jaką zajmowała. Mnóstwo pan jeździł, rozmawiał z wieloma ludźmi i ma pan do tego jakiś swój własny stosunek. Jak patrzą ludzie na nasz kraj, myślę o jego religijności i o tym w jaki sposób jest ona na zewnątrz pokazywana? Sympatyczni ludzie...

     To jest strasznie delikatne pytanie. Odpowiadając, musimy wybrać, komu chcemy odpowiedzieć. Czy chcemy zrobić komuś przyjemność czy przykrość. Jak widzę polską pyszałkowatość, zadufkostwo, zadowolenie z własnej rewelacyjności, to wtedy z upodobaniem opowiadam, jak jesteśmy wyśmiewani, wyszydzani i słusznie, bo jest nas za co wyszydzać. To jest kraj szalenie powierzchownej wiary, kraj bardzo płytkiego chrześcijaństwa. Nie mam żadnych złudzeń. To jest powszechny fakt, chrześcijaństwo ciągle walczy ze swoją płytkością, ciągle walczy z powierzchownością. To jest element naszego losu, element naszej egzystencji. Jak mam bardziej w drugą stronę, to z radością mogę powiedzieć, że mimo niewątpliwej powierzchowności polskiej wiary, jest jednak jej pewna gęstość, powszechność. To jest ujmujące i piękne. Tym się szczycę. Ale myślę, że wiara to jest coś, do dopiero Pan Bóg na Sądzie Ostatecznym zmierzy i powie, ile tego było i jakie to było. Nie wiem czy w ogóle powinienem kiedykolwiek czyjąkolwiek wiarę oceniać, robić jej cenzurki. To jest bardzo grzeszna pokusa. Ja wiem, że z różnej wiary bardzo wiele mogę czerpać. Mam najgłębsze przekonanie, że najwięcej można czerpać z tej głębi, jaką niesie za sobą europejskość wiary, wiara tych najgłębiej katolickich krajów jak Francja, Włochy, Hiszpania, Niemcy, z których najwięksi mistycy wyrośli. Bez nich nie byłoby tego wymiaru chrześcijaństwa zachodniego, który jest moim wymiarem. Wschód dla mnie jest bardzo materialistyczny. Mam rodzaj alergii na powierzchowność sentymentalnych ochów i achów, za którymi czasami nic nie stoi poza zabobonem.

     - Często bywa tak, że niezależnie od głębokości i szerokości naszej wiary, padają pytania, ludzie zadają pytania, życie zadaje pytania. Z którym pytaniem miał pan największe problemy?

     Chyba ze wszystkimi pytaniami mam taki sam, wielki problem. Wiara objawiona jest jakimś systemem wspólnym, ona do czegoś człowieka popycha, a człowiek się przed tym broni, człowiek chce wybrać gorsze choć wie, gdzie jest lepsze. Tego się nie da wyłuskać. Myślę, że największą płaszczyzną zagrożenia jest obojętność, rodzaj metafizycznej ślepoty. Jest coś takiego, to jest zaraźliwe. Głuchota na wymiar nadprzyrodzony. Nas do tego ciągnie. To jest bardzo wygodne życie, jeśli znieczulimy się na ten wymiar, bo on nam zawsze zagraża, on nas do czegoś wzywa i zobowiązuje. Najłatwiej na pozór byłoby żyć bez tego. Oczywiście na co dzień, bo potem przychodzi katastrofa i odsłania się rozpacz, która jest najgorszą ewentualnością dla człowieka. Rozpacz czyli brak jakiejkolwiek nadziei.

     - Mówi pan o perspektywie szerszej. Ja chciałem zapytać czy w pana historii były takie momenty, sytuacje po których musiał pan na jakiś czas udać się do klasztoru i pomyśleć?

     To były chyba sytuacje związane z wyborem, z tym, że nie wiedziałem co dalej, do czego jestem powołany. Ja nie wiedziałem, czy w ogóle do czegoś jestem powołany, bo człowiek i w to wątpi, i słusznie. Pan sugeruje sytuacje, które byłyby jakimś etycznym rozdrożem. Ja nie mam takich punktów w pamięci, gdzie pokusa innego wyboru byłaby wyraźna czy jednoznaczna. Wiem doskonale, że ona mi towarzyszy zawsze, przez całe życie, ale najbardziej jest niebezpieczna, kiedy przybiera postać obojętności. Tego się naprawdę boję, reszta mieści się w zwykłym programie żywota.

     - Jeżeli w moim pytaniu była jakaś intencja i podtekst, to taki, czy czuł się pan kiedyś zagrożony, czy pana wiara była próbowana. Tylko o oto pytałem.

     Ona jest stale próbowana.

     - Czasami takie sytuacje podpowiadają i można się nimi żywić przez jakiś czas, oczywiście jeśli się je przekroczy.

     Nie mogę powiedzieć, żebym mógł państwu opowiedzieć o jakiejś sytuacji, która by była jakimś wyraźnym przykładem.

     - Niestety, ja słowa szczęście użyłem na początku audycji. Czy składał pan już świadectwo?

     To co się nazywa składaniem świadectw, to znaczy opowiadanie publicznie o własnej religijności, myślę że to robiłem. Zresztą robię to dużo bardziej wyraźnie w mojej sztuce, w końcu ona jest wyrazem mojego myślenia i niczego innego. Nie robię sztuki obojętnej. Natomiast mam pewne poczucie, że należy uważać w poszanowaniu pewnej formy obyczaju, który chroni nas przed ekshibicjonizmem. W dzisiejszym świecie to jest mało odczuwane czy przestrzegane, więc ja to dość chętnie przypominam. Nie mogę zapomnieć, że były jakieś doświadczenia z kręgami ludzi wierzących, których łatwość odsłaniania się dla mnie pachniała złym doświadczeniem psychoanalizy, przekroczeniem pewnego progu wstydu, który w gruncie rzeczy nas broni przed rozkładem, dezintegracją. Ludzi, którzy przeszli przez psychoanalizę zwykle poznajemy po tym, że na ogół mają taki rodzaj bezwstydu i natręctwo z jakim zaczynają mówić o sobie w sposób intymny. Życie religijne jest sferą życia intymnego i na pewno można o nim mówić, lecz trzeba sobie narzucić pewien rygor, pewną dyscyplinę żeby nie stracić godności, żeby to się nie zrobiło psychicznym mazgajstwem. Tego w tych świadectwach czasami nie lubię, dla mnie one są za łatwe, za tandetne, czasami także zakłamane i w tym momencie robią się śliskie, nawet wstrętne. Trzeba uważać, żeby nie zrobić ze swojej marnej rzeczywistości widowiska.

Zapis audycji: Pocieszenie i strapienie
Radio Plus, 16. XII. 1998 r.


   

Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny
Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort
Lektura traktatu jest cennym duchowym doświadczeniem. Im częściej po niego sięgamy, tym bardziej przemienia on nasze serca. Osnowę dzieła stanowi dewiza św. Ludwika Marii de Montfort: "Wszystko dla Jezusa przez Maryję"... » zobacz więcej


Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2018 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej