Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Jerzy Zelnik

"Odczuwam ulgę, jak czuję, że rozmawiam z chrześcijaninem. Już mamy naprawdę strasznie dużo mostów zbudowanych, możemy o różnych sprawach mówić. To jest niesamowite ułatwienie."

ROBERT:

- Dobry wieczór. W dzisiejszym Pocieszeniu i strapieniu moim gościem jest pan Jerzy Zelnik. Witam serdecznie.

JERZY ZELNIK:

Dobry wieczór państwu.

- Miałem już kilkadziesiąt razy, prawie sto, sposobnść słuchać różnych osób, które mówiły o swoim życiu w kontekście rzeczywistości nadprzyrodzonej. Są takie dwa główne modele, tzn. są ludzie, którzy są noszeni na rękach i tacy, którzy dostają w czoło, spadają z konia. Którym pan jest?

To ja należę do tych po środku, ale raczej z odchyleniem ku rękom.

- To szczęście.

Tak, to szczęście. Ja sobie tak tłumaczę, może ja mam umiejętność samoindoktrynacji. Przekonują mnie niektóre rozdziały z Naśladowania Chrystusa i w ostatnich latach to mi dosyć pomaga i pozwala leczyć się z pychy. To jest zasadnicza przeszkoda na drodze ludzkości.

- Znawcy tematu mówią, że to jest podstawowy grzech ponieważ z niego wypływają wszystkie pozostałe.

Chyba tak.

- Ale chciałbym żebyśmy byli jak najbliżej konkretów, oczywiście w granicach przyzwoitości. Proszę powiedzieć, czy rodzina z której pan wyszedł, jest rodziną, która daje podstawy? Jeśli pan był noszony na rękach, to oczywiście tak.

Ja byłem kochany. Wszelka miłość od Boga pochodzi z tym, że myśmy nie żyli w atmosferze religijnej i właściwie wszyscy, cała moja najbliższa rodzina, która ocalała z pożogi wojennej, w mniejszym lub większym stopniu jest w rodzinie chrześcijańskiej, ale to nastąpiło w dojrzałości i to zaawansowanej u niektórych. U mnie to nastąpiło, ja już wielokrotnie o tym mówiłem, ci co chcą wiedzieć, to już wiedzą, mniej więcej około 23 roku życia. Ja się przygotowywałem do ślubu z moją żoną, która była i jest chrześcijanką i to bardzo gorliwą. Oczywiście są też mroki wiary, jak mówił mój nieżyjący już przyjaciel ks. Bozowski, są te chwile załamania, ale od razu pociesza nas ta sławna historia, że św. Teresa modliła się przez 25 lat o wiarę. Także nie jesteśmy skazani na samotność w tym szukaniu. Ja po prostu chciałem ułatwić żonie, nie czynić żadnych trudności i wziąć ślub jednostronny kościelny, żeby nie przeszkadzać w wychowaniu religijnym dzieci. Spłynęło coś na mnie. To było w ogródku potężnego kościoła Bożego Ciała w Krakowie. Ks. Droździewicz, którego wzywam już od lat, jak się nie odzywa to może dlatego, że nie żyje biedak, a może właśnie nie biedak, tylko szczęśliwy, a my biedni, że nas zostawił. Byłem bardzo gorliwym neofitą, nawet były chwile, kiedy żona mi mówiła, że to ja ją za rękę ciągnąłem. Tak w skrócie moja historia.

- Czy w tym momencie miał pan świadomość tego, co się z panem dzieje?

To nie było tak jak z Pawłem w drodze do Damaszku. To nie była taka iluminacja. Jakoś tak błogo mi się robiło, radośniej na duszy. Proces był długi. Już minęły dwa czy trzy miesiące od czasu tych rekolekcji i tego przygotowania, ono się chyba zaczęło w czerwcu czy w lipcu, a we wrześniu brałam ślub. Jakoś wystarczyło dla mnie tych dwóch-trzech miesięcy, dla mnie, człowieka, który nigdy nie był specjalnie zainteresowany Panem Bogiem, ale walczący też nigdy nie byłem. W naszej rodzinie raczej była skłonność do tego, żeby być delikatnym wobec tej tajemnicy.

- I co się dzieje? Jakoś dziwnie dobrze się pan poczuł i co dalej?

Ja powinienem był chyba pisać, ale to były tak dziwne rzeczy, które trudno było ubrać w słowa. W każdym razie nie będę tutaj tworzył jakiejś literatury wątpliwej, że coś się nagle ze mną stało. To był proces i właściwie to się tak pogłębiało w zderzeniu z życiem, tzn. wydarzały się różne ważne rzeczy na świecie, w Polsce, w mojej rodzinie i ta wiara się pogłębiała w związku z trudymi sytuacjami wobec których stawałem. Coraz mniejsze poczucie osamotnienia na świecie, to było główne jak gdyby uczucie, że mogę sobie jakoś lepiej radzić niż kiedyś, że jest jakaś opieka, że jest jakaś pomoc, że modlitwa w sposób terapeutyczny zdecydowanie działa. To zresztą odczuwam dopiero niedawno, od jakiś dziesięciu, może piętnastu lat. 30 lat jestem po chrzcie. Nie potrzebuje tyle lekarstw, nie muszę aż tyle chodzić do apteki ani do jakiś psychologów. Po prostu dobra modlitwa. Lata mnie tego uczyły. Ja miałem jakąś taką większą strzelistość wiary może w tych pierwszych latach niż teraz. Pamiętam siebie, byłem często głęboko wzruszony, zwłaszcza kiedy byłem w kościele, kiedy była wspólna modlitwa. Z tym, że były inne czasy. Ludzie wierzący nie byli najlepiej widziani, gorliwość w chodzeniu do kościoła, deklarowanie się nie było specjalnie dobrze widziane, przez władze zwłaszcza i w ogóle tych decydentów od różnych dziedzin, które miały dla nas znaczenie na co dzień. Może dla tego właśnie, że to był taki troszkę owoc zakazany, że te krzyże gdzieś tam niszczono. Potrzeba zademonstrowania swojej uczciwości była w dużej mierze poprzez wiarę. Być może to był naiwne, może zbyt polityczne. Też mam sobie do wyrzucenia, to troszkę było z chęci przekomarzania się z władzą, ja teraz troszkę trywializuję, ale coś było takiego, na złość. To niezbyt po chrześcijańsku. Ja może się zbyt surowo oceniam, w każdym razie pamiętam siebie jako człowieka, który nieraz czuł żywą obecność Bożą. W niektórych chwilach podczas mszy dla mnie strasznie ważne było: Panie, nie jestem godzien abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja. Pamiętam, że przez lata ten moment miał dla mnie olbrzymie znaczenie. Nie wiem, dlaczego akurat to.

Jest sakrament kapłaństwa. Ja jestem troszkę nieuczony, ponieważ jako dziecko nie chodziłem na religię. Chodziłem co prawda w czasach stalinowskich, dwa lata miałem religię. Strasznie się wstydziłem, że inni się potrafią modlić, a ja nie. Miewam takie momenty, kiedy sobie myślę: - Boże miły, gdyby wszystko mi Pan Bóg odebrał, jak temu Hiobowi, nie daj Boże, ja bym wolał, że mnie Pan Bóg powołał, a nie mnie odebrał, czy ja mam w sobie już gotowość, żeby się wszystkiego w życiu pozbyć; przyjemności, sławy, popularności, luksusów, dobrodziejstw. Ja dosyć sobie tak wygodnie żyję, tymy ręcamy dochodziliśmy do tego, jak to się mówi. Miewam taki refren po pięćdziesiątce, bo już jestem, że chyba jakiś taki potencjał rezygnacji ze wszystkich dóbr we mnie jest.

- Czy ma coś wspólnego z jakimiś decyzjami?

Na razie nie, ale czuję w sobie taki potencjał, że gdyby, to ja bym chyba z radością te dobra, te rozkosze ziemskie, mógł porzucić i oddać się całkowicie Bogu. To mnie też jakoś tak fantastycznie ustawia, że człowiek nie jest niewolnikiem rzeczy, niewolnikiem własnego poziomu życia, gdzie mnie Panie Boże powołasz. To daje potężną siłę, człowiek nie jest z kamieniem u szyi.

- Wspomniał pan nazwisko ks. Bozowkiego. Miałem właśnie okazję zapoznać się z jego życiorysem. To zupełnie nieprawdopodobna postać. Jak pan poznał tego kapłana?

Ja mam brata inwalidę. Od urodzenia mój brat ma problemy z mową, bo to był taki lekki paraliż i właściwie to dotyczy w tej chwili tylko mowy. Brat jest już grubo po czterdziestce, mieszka z rodzicami. Ponieważ ja już byłe 10 lat w wierze i byłem szczęśliwy z tego powodu, to pomyślałem, że brata wciągnąć. Był rok 1978, ciekawy rok, prawda? Bóg nas obdarował papieżem-rodakiem. I właśnie w tym roku ja szedłem do ks. Twardowskiego. Mój brat miał wtedy 26 lat, trudno mu było sobie w życiu poukładać sprawy. Pomyślałem, że może ks. Twardowski mu jakoś pomoże. I tak sobie idę taką alejką koło kościoła wizytek i wpadam najpierw na nos, później na resztę ks. Bozowskiego. Jak wiadomo, był obdarowany dosyć pokaźnym nosem. No i tak od słowa do słowa poznaliśmy się, zaprowadził mnie do ks. Twardowskiego i później prowadził mnie do Pana Boga aż do swojej śmierci.

- Jaki jego charyzmat jest najbardziej charakterystyczny?

To był ten, który oddał wszystko. Miał dużo i oddał wszystko. On był z dosyć bogatej rodziny, szlachty, mógł sobie bardzo wygodnie żyć. Myśmy go nazywali biedaczyną z Warszawy, postawa franciszkańska w tym sensie, że bardzo ubogo żyjący, dzielący się wszystkim, głównie sobą, jak brat Albert.

- Czyli po pierwsze świadectwo.

Wielokrotność świadectwa. Poza tym, to był człowiek, który się umiał zbliżać do ludzi, do których normalny ksiądz się boi zbliżać. Mówiło się kapłan od chuliganów. Uważano go za dziwaka. Jego rówieśnicy już prawie nie żyją, bo on dziś miałby prawie dziewięćdziesiątkę, ale ci młodsi znali go jako dziwaka. Ale cóż, chyba dziwakiem jest każdy człowiek, który ma jakąś niebotyczną łaskę wiary. To jest dziwak, tzn. jest w odróżnieniu od innych. Różni się tak bardzo, że to innych oślepia i próbują to zbrudzić. - Wstrząsnęło mnie, że on o sobie pisał, że jest hipochondrykiem. To nieprawdopodobne. Dopiero to uświadomiło mi, jak człowiek jest zbudowany, że ta sfera psychiczna to jest dopiero kolejny stopień, kolejny krąg w głębi człowieka, a to najistotniejsze jest dużo głębiej i że jeśli tam ktoś się spotyka z Panem Bogiem, to ta pośrednia warstwa nie ma znaczenia. Można mieć różne śmieszności z tym, że ja bym usprawiedliwiał to jego przewrażliwienie dlatego, że jego mama umarła dosyć wcześnie na gruźlicę. On ją strasznie kochał i sam miał skłonność. Wiec on i tak te siedemdziesiąt osiem czy dziewięć lat żył. Poza tym, że wiara go bardzo trzymała, to był główny motor, ale także dlatego, że żył zdrowo. Zdrowo się odżywiał, nie przejadał się, żył ubogo, a to jest zawsze lepiej. Oczywiście nie należy przesadzać, ale głodóweczka czasami dobrze robi. On pachniał czosnkiem, bo bał się tych przeziębień, które mogły doprowadzić do zapalenia płuc i dalej gdzieś do gorszych rzeczy. Także ja bym nie przesadzał z tym, że był hipochondrykiem. On po prostu troszkę się chronił. Pamiętam ostatni poniedziałek przed jego śmiercią. Przyszedłem do urszulanek i on mówi: - Uciekaj, uciekaj!, bo ja byłem przeziębiony. On sam był taki niepewny w ten poniedziałek, w sobotę już nie żył. To nie hipochondria, tylko raczej potrzeba trwania na posterunku za wszelką cenę, bo czuł że jest potrzebny. To chyba fantastyczne uczucie dla człowieka, tak czuję. Jest takie zdanie, motto, oczywiście takich można by uzbierać więcej, ale ja pamiętam to zdanie jako bardzo ważne dla mnie jako aktora i nie tylko, ale przede wszystkim jako aktora: Nie przesłaniać sobą Pana Boga. I to dotyczy księdza, który mówi kazanie, polityka, który jakoś działa na rzecz innych ludzi i aktora, który jest medium dla autora, który piękny tekst napisał. Nie przesłaniać sobą prawdy, służyć tej prawdzie. To jest strasznie ważne motto.

- Wspomniał pan o środowisku, wspomniał pan o profesji, to związane jest ze środowiskiem. Na temat tego środowiska krąży mnóstwo mitów. Jak z pana punktu widzenia to środowisko, w kontekście, o którym rozmawiamy, wygląda? Pani Nechrebecka powiedziała mi, że wbrew pozorom tam jest bardzo wielu ludzi wierzących, chodzących do kościoła.

Ona ma troszkę lepsze mniemanie o tym środowisku. Ja muszę powiedzieć, że pewnego rodzaju ulgę odczuwam, jak czuję, że rozmawiam z chrześcijaninem. Już mamy naprawdę strasznie dużo mostów zbudowanych, możemy o różnych sprawach mówić. Nie mówimy, nie deklarujemy się, że chodzimy do kościoła czy nie, czy jakoś tam wierzymy w Pana Boga czy nie. Wszystko jedno, ale to się odczuwa. To jest niesamowite ułatwienie. Można się strasznie pokłócić z tym chrześcijaniem, ale jest to jednak jakaś wspólnota która szalenie ułatwia rozmowę, porozumiewanie się na różne tematy. Muszę powiedzieć, że z tym mam kłopoty w środowisku, ale może akurat mam pecha. Jak mam szczęście, że spotyka świetnych księży a ciągle słyszę, że są fatalni, mam pecha, że nie spotykam tych fatalnych...

- Ja też nie.

Bywają może mniej natchnieni, ale ja bym wymienił w tej chwili jednym tchem przynajmniej piętnastu czy dwudziestu, każdy z nich jest wspaniały i strasznie mi się z nimi fajnie gada. Cudowni kumple, przyjaciele, można mówić z nimi o wszystkim, i o filmie, i o seksie, i o małżeństwie. To zadziwiające, że Bozowski wiedział więcej o sprawach małżeńskich niż ja, a przecież żył w celibacie. Ja strasznie lubię księży, ale może podkładam się tutaj komuś. O środowisku jeszcze... Myśmy mieli taki moment, że mówiło się, że tylu ludzi się nawraca, jakie to piękne. Bardzo wielu nas po prostu schroniło się do Kościoła, o tę odrobinę wolności walczyło i w tym Kościele, w tych murach kościelnych, niektórzy mogli się zarazić miłością Bożą i poczuć takie szczęście. Niektórzy z nich zostali i są bardzo aktywni, na dobre i złe, nie dbając nawet o to czy to im przysporzy sympatii czy nie u reżyserów czy innych decydentów. Czyli że jednak na pierwszym miejscu Boga stawiają a nie swoją karierę. Tak ich można odróżnić.

- A przysparza kłopotów w związku z reżyserami?

Trudno mi powiedzieć. To by trzeba podsłuchać jakieś rozmowy. Każdy człowiek, jak jest trochę niedoceniony, to zawsze może zwalić na teorię spiskową czyli że ja popierałem Wałęsę, co prawda tylko dwa lata próbowałem się identyfikować z jego programem, później mi to zbrzydło i miałem duże rozczarowanie, ale nie mniej jestem przekonany, że nie zyskało poklasku w środowisku, które głównie było za Mazowieckim. Mazowiecki ma swoje zasługi, ale wtedy wydawało mi się, że jednak Wałęsa, taki prosty, szczera dusza, odważny człowiek. A poza tym jakaś taka symboliczna sprawa - pierwszy prezydent, szef Solidarności. Wydawało się, że to jest ewidentna racja. Moje zaangażowanie w sprawy wiary... Możliwe, że niektórzy woleliby mnie widzieć jako człowieka, który jest raczej w partii diabła, że mam czwartą żonę, lubię zdrowo popijać, swój chłopak... Możliwe, że wtedy byłbym bardziej akceptowany przez Pipćińskiego czy Igrekowskiego.

- W tej chwili gdybym panu dał takie zadanie. Mamy kogoś, komu trzeba w krótkim czasie udowodnić, że człowiek w życiu doświadcza obecności Pana Boga i naprawdę sprawa jest naglącą, może się coś z nim stać w każdej chwili. Od czego by pan zaczął mówiąc o sobie?

Ja Panu Bogu dziękuję na największy dar: za to, że nie tyle umiem kochać, co doznaję miłości wobec innych. Jeśli chodzi o umiejętność kochania, to wiele do życzenia pozostaje, jeśli chodzi o mnie to myślę, że moi bliscy mają większe oczekiwania. Natomiast samo uczucie miłości, ten wzlot, że by się objęło cały świat, bliskich, to uważam że zawdzięczam Panu Bogu i że w tym moim zdaniem Pan Bóg się najbardziej objawia, taka bezinteresowna miłość i ona się nieprawdopodobnie odradza, nawet w stosunku do osób które nie koniecznie muszą mi sprzyjać. Myślę że to mi daje wielki napęd, nie tylko jako aktorowi, ale w ogóle jako człowiekowi, obecność Boga. Na przykład dużo latam samolotami, dużo się przenoszę i oczywiście różnie może być. W tym momencie kompletnie nie myślę o tym, że zginę i nie boleję nad tym, że zostanie gwałtownie skrócone moje życie, słowo honoru mogę powiedzieć, albo jak Boga kocham, myślę w tym momencie o tych, których osierocę. I myślę że to jest dar od Pana Boga że ja nie mam lęku związanego z moim ciałem, z moimi radościami doczesnymi, że one nie zostaną dopełnione. Poza tym obecność Pana Boga, proszę pana, codziennie na scenie.

Peter Brook uczył mnie improwizacji, tzn. otwarcia oczu i uszu. My wszyscy chrześcijanie powinniśmy mieć oczy i uszy otwarte codziennie na różne krzywdy, potrzeby innych ludzi. To przyzwolenie w człowieku, że Pan Bóg przeze mnie będzie mówił, to jest też wspaniały sposób na improwizowanie każdego dnia, nie tylko na scenie. Przecież ja sobie coś planuję, a później to wszystko bierze w łeb, bo inaczej się dzień układa. Ja mam w sobie przyzwolenie na kompletną zmianę planów. Bozowski mówił o reżyserii Pana Boga, to jego sławne powiedzenie. Człowiek z radością się poddaje woli Bożej i fantastycznie się wtedy improwizuje, każdy dzień, każdy moment na scenie.

Czasami to jest takie powtarzanie, jak ten pielgrzym szedł i mówił: - Kocham Cię, Boże. Kocham Cię, Boże. Ja czasami tak głupio i niepoprawnie pod względem literackim się modlę, a czasami jest taka modlitwa fantastyczna, że nagle zaczynam, nie wiem co będę mówił, a Pan Bóg mi te słowa podsuwa i mam wrażenie, że modli się Bóg za mnie, a nie ja do Pana Boga. Teraz pierwszy raz w życiu to sformułowałem, że ja otwieram usta, a Bóg się przeze mnie modli o różne sprawy, nie dla mnie. Na ogół ja się dla siebie nie modlę o nic specjalnego. Bardzo często mam jaką dziękczynną modlitwę, jak mi się uda na przykład, to czuję że właściwie nie ja grałem, ale Bóg przeze mnie. Mam takie uczucie, że mi się tak grało, że tego się nie da grać przy pomocy warsztatu, doświadczenia aktorskiego, musiał się tu wmieszać Duch Boży. Ja tego nie wykalkulowałem, coś się przeze mnie odbywało, ja byłem tylko medium. Wiem że to brzmi troszeczkę dziwnie i podejrzanie, ale ja miewam takie chwile. To są cudowne chwile. - Czy któryś z sakramentów jest dla pana szczególnie ważny?

Niewątpliwie sakrament pokuty, sakrament pojednania. Co prawda ja nie jestem zbyt gorliwy, dwa razy do roku na ogół tylko. Teraz mnie namawia ksiądz spowiednik, bo mam takiego, żeby w okolicach września, tego moje ślubu kościelnego i urodzin, akurat na Podniesienie Krzyża, kiedy też Jurek Popiełuszko się urodził, 14 września, ja się dowiedziałem dopiero po jego śmierci i mój ksiądz spowiednik jest z 14 września, tak się jakoś śmiesznie składa. Te trzy razy przynajmniej. Gdyby była sytuacja kompletnego chaosu duchowego, to na pewno bym pobiegł. Myślę że nie zabrnę w jakąś zupełnie ślepą uliczkę. Modlitwa, rozmowa, jest dosyć ważna. Niewątpliwie sakrament chrztu, to przyjęcie do rodziny chrześcijańskiej.

- Był pan dorosłym człowiekiem.

Ja miałem 23 lata. Myślę, że olbrzymie znaczenie będzie odbywał dla mnie sakrament na łożu śmierci, ostatnie namaszczenie. Może to będzie szersze otworzenie bram. Czuję, że to jest jakieś bardzo radosne święto - śmierć. Przejście z tej tymczasowości na ziemi, z tego lepszego lub gorszego zdawania egzaminu. Nie wiem jak to będzie, bo to może na wyrost mówię, ale mi się ta naturalna ludzka śmiertelność kojarzy z czymś pięknym, wspaniałym, wzniosłym, z nadzieją, ze szczęściem.

- W ten sposób pożegnał się z państwem mój dzisiejszy gość, pan Jerzy Zelnik. Z Panem Bogiem, dobrej nocy.

- Z Bogiem, dziękuję bardzo. Dobrej nocy.

Zapis audycji: Pocieszenie i strapienie
Radio Plus, 7 IV 1999 r.


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej