Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Dwa obrazy - wspomnienia z II wojny światowej

Z opowiadań mamy wiem, że na Rzeszowszczyźnie i w okolicy Odrzykonia od dawna ludzie żyli ubogo. Okolica, choć piękna, nie mogła dostatnio wyżywić wszystkich tutejszych mieszkańców.

Gdy po wojnie polsko-bolszewickiej powstała możliwość osiedlenia się na wschodnich terenach Rzeczypospolitej, moja mama Anna Gerlach z mężem Józefem i dziećmi osiadła w województwie tarnopolskim opodal Podhajec. Tutaj powstała, budowana od podstaw, polska wieś. Do końca lat dwudziestych trwała budowa domu mieszkalnego i zabudowań gospodarczych. Był to okres ciężkiej pracy i wielu wyrzeczeń, tym większych, że trzeba było płacić podatki i spłacać kredyty.

W pobliskich Podhajcach był parafialny kościół. Odkąd pamiętam, to właśnie tutaj, w tym kościele, mama szukała i znalazła siłę i wolę do dalszej pracy w polu i w domu. Uczestnictwo we Mszy św. i nabożeństwach dawało jej oparcie i moc do wychowania już tu na wschodzie ośmiorga dzieci. Lata biegły, dzieci dorastały i z czasem stawały się znaczącą pomocą w stałych obowiązkach rolnych. Podobnie było u sąsiadów. Cała wieś prowadziła życie związane z pracą w polu i obejściu, głównie przy hodowli krów i trzody chlewnej.

Wszyscy mieszkańcy wsi Mazury - bo tak nazywała się nasza miejscowość - mimo odległości, a zimą dużych śniegów i zimna, nigdy nie opuszczali Mszy św. w niedziele i święta. W tym względzie panowała pełna jedność i zgoda. Odległość, deszcze czy mróz nie stanowiły dla nas żadnej przeszkody. W takim też duchu byliśmy wychowywani. Mieliśmy dobry przykład od rodziców. Naszym wzorem była mama. To ona była przewodniczką dla swych dzieci w drodze do kościoła, do modlitwy, do Najświętszej Maryi Panny, do Boga.

Nadszedł 1939 r. Wojna! Już 17 września do Podhajec weszli bolszewicy. Niedługo potem sowieccy urzędnicy chodzili od domu do domu i spisywali mieszkańców naszej wioski. W 1940 r. była sroga zima. W taki mroźny dzień 10 lutego wczesnym rankiem (było jeszcze ciemno) usłyszeliśmy głośne stukanie do drzwi. Po chwili wtargnęli do naszego domu uzbrojeni ukraińscy milicjanci i sowiecki oficer NKWD. On to oznajmił stanowczym głosem: "Sobirajtieś! Daju wam czas!" Daję wam godzinę na opuszczenie domu! Chodziłem wtedy do szóstej klasy szkoły podstawowej. Byłem za młody na to. zęby zrozumieć co się dzieje. Co znaczy "sobirajtieś" i dlaczego... Dopiero po latach wiele spraw wyjaśnił mi ojciec. Niektóre zrozumiałem sam.

Po wejściu nieproszonych "gości" rozpoczęła się drobiazgowa rewizja. Czego "rewidenci" szukali? Broni? U nas jej nie było. Ojciec był działaczem ludowym i z bronią nie miał nic wspólnego. Gdy mama dowiedziała się o co chodzi, co ci źli ludzie chcą z nami zrobić, zalała się łzami i nie mogła zająć się pakowaniem w tobołki najpotrzebniejszych rzeczy. Obowiązek ten spadł na starsze rodzeństwo. To, na co pozwolił NKWD-ysta. zabraliśmy na sanie.

Mama zaś, ta nasza kochana mama, zdjęła ze ściany obraz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy i stojąc modliła się. Gdy zamknę oczy, to widzę dokładnie postać drobnej kobiety trzymającej ten obraz i spadające na niego łzy. Łzy mojej matki! Chyba już wtedy mama zrozumiała, że cały dorobek jej pracowitego życia w tej właśnie chwili przestaje istnieć. Kiedy już byliśmy gotowi do drogi, stale ponaglani przez przedstawiciela sowieckiej władzy słowami: "Bystrej! Bystrej! (Szybciej! Szybciej!), znakiem krzyża świętego pożegnała dom, zabudowania gospodarcze i cały inwentarz żywy i martwy. Po wyjściu z domu już nie płakała. Siebie i całą rodzinę oddała pod opiekę Matce Bożej.

Okazało się. że za nie popełnione winy byliśmy skazani na długie lata niedoli w bezkresnej syberyjskiej tajdze.

Miesiąc cały jechaliśmy w bydlęcych, ciemnych wagonach, głodni, na wschód aż do Krasnojarska. Potem dwa tygodnie wędrowaliśmy pieszo wzdłuż Jeniseju na północ aż do zagubionej w tajdze Tei.

W miejscu przeznaczenia (ponad 700 km od stacji kolejowej) ulokowani zostaliśmy w surowych, zimnych barakach. Wszyscy zdolni do pracy musieli iść do roboty przy wyrębie lasu. Nasza mama zajmowała się sprawami domowymi. Reperowała odzież roboczą. Do bardzo ważnej czynności zaliczyć trzeba dzielenie otrzymanego na kartki chleba, którego było tragicznie mało. Kroiła chleb na porcje dla tych. którzy idą do lasu, i dla pozostających w izbie. Gdy mimo woli patrzeliśmy na pokrojone porcje, widzieliśmy w jej oczach łzy. Był to widomy znak, jak bardzo cierpi, jak "kraje" się serce matki! Do dziś te łzy porównuję ze łzami wylanymi w domu przed obrazem Bożej Rodzicielki.

Tutaj, w tych strasznych zesłańczych warunkach, również nie przestała być wierną swym ideałom: ufności w Bożą Opatrzność i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny.

Nadszedł maj 1940 r. Zaczynały topnieć olbrzymie masy śniegu. Zaczęły się też w naszej izbie z inicjatywy mamy majowe nabożeństwa ku czci Najświętszej Maryi Panny. Każdego dnia nasza izba była pełna modlących się ludzi. Uczestnictwo w nabożeństwie w istniejących tutaj warunkach było wspaniałą ucztą dla głodnych i umęczonych pracą ponad siły zesłańców. Było też bardzo potrzebne dla podbudowy wiary, że nadejdzie dzień, kiedy będziemy mogli wydostać się z tej nieludzkiej ziemi. Był to dopiero początek zsyłki, a głód. zimno, całkowity brak opieki lekarskiej. powodowały choroby oraz śmierć dzieci i dorosłych.

Podobnie było w czerwcu w latach 40-41. W naszej izbie odbywały się nabożeństwa do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Duszą tych nabożeństw były matki polskich rodzin.

Po odmówieniu litanii śpiewaliśmy parę zwrotek pieśni. Szczególnie głęboko w mej pamięci zapisała się pieśń znana we wszystkich rodzinach zesłańców Pójdź do Jezusa. Ta pieśń powodowała głębokie przeżycia.

Po zaśpiewaniu pierwszej zwrotki przyszedł czas na błagalny refren:
"Słuchaj, Jezu, jak Cię błaga lud!
Słuchaj, słuchaj, uczyń z nami cud!"

Przy słowach

"Przemień o Jezu, smutny ten czas!
O Jezu, pociesz nas!"

śpiewający milkli. Nie mogli wydobyć z siebie głosu. Śpiewali milcząco. W tym momencie więcej było łez niż śpiewu. Dopiero po chwali dały się słyszeć dalsze słowa i melodia.

Dzięki Opatrzności Bożej i działalności ludzkiej we wrześniu-październiku 1941 r. nadeszła oczekiwana chwila i mogliśmy opuścić to straszne miejsce. Tratwami, łodziami dotarliśmy do Krasnojarska, stąd dalej na wschód do Ujaru.

Już w drodze mama niedomagała. Zmartwienia, troska o rodzinę, głód i mrozy spowodowały, że była coraz słabsza. Kiedy zmarła nasza 18-letnia Bronia, nie była na pogrzebie. Już nie wstawała z pryczy. Przez cały czas choroby martwiła się nie o siebie, ale o nas, dzieci. Zmarła 24 grudnia 1942 r. o godz. 18.

Od tego czasu minęło wiele lat. W chwili wspominania tamtych dni jeszcze dziś widzę dwa obrazy. Jeden to moja mama i jej łzy spływające na obraz MBNP podczas deportacji. Drugi to płacząca matka przy krojeniu głodowych racji chleba.

Te dwa obrazy są ze sobą i ze mną tak ściśle powiązane, że moje życie bez nich byłoby niepełne, uboższe.

Rodrycjusz Gerlach


   

Wasze komentarze:
 mirek : 18.06.2020, 09:28
 za symbolami religijnymi kryje się szatan , on w ten sposób dostaje poparcie
(1)


Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej