Chrystus wszedł do celi więziennej, żeby pocieszyć udręczone więźniarkiBył wrzesień 1942 r. Od kwietnia tegoż roku przebywałam na Pawiaku w Warszawie, na oddziale kobiecym zwanym "Serbią". W każdej celi znajdowało się około dwudziestu osób. Byłam "proboszczem" naszej celi, to znaczy prowadziłam pacierze, w których żarliwie uczestniczyły wszystkie bez wyjątku więźniarki. Ten tytuł przypadł mi w udziale prawdopodobnie dlatego, że umiałam najwięcej modlitw na pamięć, a książeczki do nabożeństwa żadna z nas nie posiadała. Tęskniłam do praktyk religijnych, jednak wiadomo było, że Niemcy nie dopuszczali do więzienia kapłana, a kaplica więzienna zamieniona była na celę "przejściową", w której znajdowały się różne niepotrzebne sprzęty. Dni grozy naszej wlokły się powoli w oczekiwaniu coraz to nowych wydarzeń, m.in. kogo dzisiaj wywołają na przesłuchanie do Gestapo przy Al. Szucha, czy też na rozstrzelanie. Wywołanie na wolność było wielką rzadkością, z tego przedpiekla w najlepszym razie można było wyjechać do obozu w Ravens-bruck czy w Oświęcimiu.W dniu 3 września 1942 r. zapytała mnie jedna ze współwięźniarek, lekarka, czy pragnęłabym przyjąć Pana Jezusa w Komunii św. następnego dnia w pierwszy piątek miesiąca. Ucieszyłam się ogromnie również dlatego, że był to dzień piątej rocznicy mojego ślubu, chociaż mąż mój w 1941 r. zginął w Oświęcimiu. Kilka pań z mojej celi było również wtajemniczonych. Wieczorem tego dnia było odprawione nabożeństwo w jednym z kościołów warszawskich w intencji uwięzionych i udzielenie nam generalnej absolucji. A my o tej samej godzinie modląc się wzbudzałyśmy akt żalu. Komunikanty miała przynieść oddziałowa dochodząca z wolności. Następnego dnia rano nie jadłyśmy śniadania, tylko z niecierpliwością czekałyśmy jakiegoś znaku. W pewnej chwili oddziałowa otworzyła drzwi i odczytała z kartki nazwiska kilku osób, które miały przejść do szpitalika na tzw. "zabiegi" czy też opatrunki). Wchodziłyśmy pojedynczo do ostatniego pokoju lekarskiego. Na stole nakrytym białą serwetą leżały Komunikanty. Klęcząc z rąk lekarki przyjęłam Pana Jezusa. O niezapomniana chwilo! Całe niebo otworzyło się przede mną. Po powrocie do celi szczęśliwie złożyło się, że reszta więźniarek wyszła na spacer, więc mogłyśmy spokojnie skupić się w modlitwie dziękczynnej. Ja wdrapałam się na poręcz łóżka, gdyż okno było bardzo wysoko, a przez kraty widać było na tle nieba wieżę kościoła. Wzruszona płakałam, bo sam Chrystus wszedł do celi więziennej, żeby pocieszyć udręczone więźniarki. Dla mnie dodatkowa łaska Opatrzności - tego samego dnia po południu otworzyły się przede mną drzwi więzienia i wyszłam na wolność wprawdzie niezupełną, gdyż okupacja trwała, ale jednak jakaś wolność. Od tej chwili minęło wiele lat, a ja do dziś jeszcze z wdzięcznością myślę o tych wspaniałych ludziach, którzy narażając własną wolność nieśli nam pociechę religijną w ponurych celach Pawiaka. Nie wiem, czy powtórzyły się planowane wówczas dalsze "pierwsze piątki", gdyż kilka miesięcy później dowiedziałam się, że Niemcy zmienili oddziałowe Polki na służbę niemiecką. Łucja Głowacka
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |