Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Zaufałam Maryi - żyję ja i syn

To było na początku lat 60. Miałam wówczas męża i dwie córki w wieku 11 i 13 lat. Pracowałam zawodowo jako księgowa. Kiedy zorientowałam się, że jestem w ciąży, ani się nie ucieszyłam, ani się nie zmartwiłam.

Chorowałam w tym czasie, między innymi, bardzo poważnie na zapalenie mięśnia sercowego. Leczyłam się i byłam pod kontrolą Kliniki Kardiologicznej. Bardzo niskie ciśnienie krwi powodowało zasłabnięcia.

Chcąc upewnić się co do swej podejrzewanej ciąży, zgłosiłam się do badania kontrolnego u lekarza ginekologa w Przychodni Rejonowej. Pani doktór potwierdziła i zdecydowała, że tę ciążę muszę usunąć. Narzekając na tak późne zgłoszenie się, gdyż była to już ciąża 3-miesięczna, wyjaśniła mi, że przy obecnym stanie mego zdrowia utrzymanie jej stanowi zagrożenie dla mego życia.

Odpowiedziałam, że chciałabym to dziecko urodzić i że może należy podjąć jakieś odpowiednie leczenie. Nigdy ciąży nie usuwałam, w pożyciu stosowałam dotychczas z dobrym skutkiem "kalendarz małżeński" i to dziecko, choć nieprzewi- dywane, chciałabym urodzić.

Pani doktór bardzo się zdenerwowała zarzucając mi lekkomyślność, przypominając, że mam już dwoje dzieci, dla których powinnam żyć, a ja chcę je świadomie osierocić. Wypisała mi skierowanie na "zabieg" aborcji i poleciła, bym bez zwłoki udała się do wskazanego szpitala. Za miesiąc winnam się zgłosić do badania kontrolnego w Przychodnia Rejonowej.

Po upływie miesiąca przyszłam do badania kontrolnego i kiedy okazało się, że na "zabiegu" nie byłam, pani doktor wpadła wprost w furię. Skrzyczała mię i powiedziała, że zaraz wezwie karetkę pogotowia i każe mię zawieźć do szpitala na dokonanie aborcji.

Uciekłam z gabinetu wprost z płaczem, pytając po drodze pielęgniarkę, kim jest pani doktor, taka niedelikatna i napastliwa, gdyż wcześniej jej nie widziałam i nie znałam. Odpowiedziała mi, że przybyła z Rosji jako lekarz wojskowy z frontem wojennym i tu u nas już pozostała.

Zrozpaczona i w swej tragedii osamotniona, gdyż mąż w tej sprawie nic mi nie chciał doradzać uważając, że po konsultacji z lekarzem decyzję powinnam podjąć sama, prosto z Przychodni wsiadłam w tramwaj i pojechałam do katedry.

To była sobota. Wśród mroku, w zupełnie pustej świątyni, odnalazłam konfesjonał z zapalonym krzyżykiem, gdzie kolejni kapłani pełnili dyżur przez 12 godzin. Z płaczem i wprost na głos opowiedziałam o swej tragedii.

Kapłan czekał dłuższą chwilę aż się uspokoję (odniosłam wrażenie że się modlił), potem głosem spokojnym i łagodnym, tak niepodobnym do mego wzburzonego, wyraził zdziwienie, że usunięcie tak późnej ciąży miałoby być zdrowsze niż urodzenie dziecka. Powszechnie wiadomo, że właśnie taki zabieg nawet zupełnie zdrowym kobietom niszczy zdrowie i powoduje różne komplikacje.

Poradził mi, bym poszła prywatnie do dobrego katolickiego lekarza i u niego zasięgnęła porady, może nie będzie aż tak źle. Po chwili milczenia dodał: "Siostro, urodź to dziecko, ja się będę za ciebie cały czas modlił".

Uspokoiłam się i po powrocie do domu wszystko opowiedziałam mężowi. Przyjął to milczeniem. Rozumiałam go.

Tejże nocy, z soboty na niedzielę, miałam dziwny sen. Śniło mi się, że siedzę w jakiejś nie znanej mi poczekalni Przychodni Lekarskiej. Naokoło pod ścianami na krzesłach siedzi dużo kobiet. Z gabinetu lekarskiego co chwilę wychodzi pielęgniarka, wywołuje którąś z nich i tak wszystkie po kolei, po czym one wychodzą z gabinetu i z poczekalni. Poczekalnia pustoszeje. Wyszedł także lekarz i cały personel medyczny, nie zauważając nawet mnie. Zostałam sama, dziwiąc się, dlaczego mnie nie wezwano. Rozglądam się wokoło i widzę, że po mojej stronie, parę krzeseł dalej, siedzi jakaś kobieta. Głowę ma pochyloną. Ubrana w jakieś ciężkie ciemne szaty, na głowie luźno zarzucona ciemna chusta, sądząc po szatach chyba Bolesna.

Chcąc, by się do mnie odwróciła twarzą, dla przekonania się, zadaję jej pytanie: "Proszę panią, która jest teraz godzina?" Ona nie odwracając do mnie twarzy, podnosi powoli głowę i spogląda na przeciwległą ścianę, na której wisi duży okrągły zegar. "Idąc" oczyma za jej wzrokiem, także patrzę na ten zegar i dziwię się, że go wcześniej nie zauważyłam. Głupio brzmi teraz moje pytanie, kiedy naprzeciw zegara pytam o godzinę. Jest na nim godzina punktualnie trzecia.

Owa kobieta, lekko odwracając się do mnie, mówi: "U syna jest trzeci września". Zdziwiłam się, że mi tak niezrozumiale odpowiedziała. Powinna powiedzieć: "na zegarze jest teraz trzecia godzina", co zresztą już sama zobaczyłam. Zwracam się do niej, by mi wyjaśniła tę dziwną odpowiedź, ale jej już nie było, a przecież nie wychodziła, po prostu znikła.

Nabrałam przekonania, że to była Matka Boska Bolesna.

Rano, gdy się przebudziłam, opowiedziałam mężowi i zasłuchanym córkom ten sen. Zrozumiałam go, że trzeciego września o godzinie trzeciej urodzę syna. To było około 5 miesięcy przed rozwiązaniem.

Nabrałam takiej otuchy i oświadczyłam, że z radością oczekuję urodzenia tego dziecka. Córki z wielkim entuzjazmem zaczęły radzić, że trzeba szyć wyprawkę, bo by nie było w co dzidziusia ubrać, gdyż wszystkie niemowlęce ubranka po nich już dawno pooddawałam. Były przyzwyczajone, że dzieci obszywałam sama i zadeklarowały, że mi w tym pomogą, bo już trochę umiały szyć.

Pomimo tej ogólnej radości byłam wewnętrznie bardzo przygnębiona. A może to już ostatnie miesiące mojego życia? Może za parę miesięcy moje kochane córeczki nie będą już miały matki? Mężowi udzielałam dyskretnie "ostatnich rad". Do prywatnego lekarza po poradę, mimo początkowej zachęty spowiednika, nie poszłam. A czas leciał. Do porodu przygotowałam się jak na śmierć. Zachowałam się trochę podobnie jak niewierny Tomasz, bo chociaż Matce Boskiej zaufałam, to jednak niezupełnie i nie do końca. I tu znowu dostałam znak. Zaczęłam się lepiej czuć na zdrowiu i to mi ponownie dodało otuchy.

Do Przychodni też nie poszłam, bo się po prostu bałam tej pani doktór. Jednak na miesiąc przed porodem zgłosiłam się, chcąc otrzymać skierowanie do Szpitala Rejonowego. Dostałam je z przewidywaną datą porodu 22-25 sierpnia. Z napięciem przeżywaliśmy te dni i... nic. Dopiero drugiego września, późnym wieczorem dostałam bóle porodowe. Mąż wezwał Pogotowie Ratunkowe i pojechał razem ze mną do Szpitala Rejonowego.

Tu nie chcieli mnie przyjąć z braku wolnego miejsca (winnam wcześniej zgłosić swoje ewentualne przybycie). Dzwonili do innych szpitali i sytuacja była podobna. Wreszcie zgodziła się mię przyjąć Klinika Uniwersytecka.

Zostałam od razu przyjęta na salę porodową. Salowa, która mię przygotowywała, chciała odebrać mi różaniec, który trzymałam w garści, ale nie dałam i oplotłam go sobie na przegubie dłoni. Coś mruknęła i odeszła.

Leżąc na "łóżku porodowym", cały czas odmawiałam różaniec, a w chwilach nasilonego bólu odmawiałam go na głos. Wreszcie nastąpił poród, który odbierała położna. U wezgłowia tegoż "łóżka" była umocowana na podwyższeniu półka, do której podszedł pan w białym fartuchu i rozłożył jakieś papiery. Trochę krępowała mię jego obecność. Nie wiem, czy to był lekarz, czy jakiś student-praktykant. Stojąc naprzeciw położnej, pod jej dyktando, spisywał fazy porodu, powtarzając głośno to, co zapisał.

Po delikatnych i uspokajających słowach położnej, słyszę głośniejsze, dyktowane temu panu: "trzeci września... godzina trzecia zero zero... płeć męska...". Spoglądam na zegar wiszący na ścianie, taki sam jak we śnie, i też widzę godzinę trzecią (po północy). Zrozumiałam, że mój sen był proroczy. Dalsze usłyszane informacje jak: "poród prawidłowy... bez powikłań... dziecko zdrowe..." były już nieistotne. Gdy mi położna pokazała syna, radość rozpierała moje serce i na głos dziękowałam Matce Bożej, że uratowała moje dziecko i mnie. Położna gratulowała mi, że się dzielnie spisywałam.

Jak to dobrze się stało, że nie przyjęli mnie do żadnego innego szpitala, a dopiero tutaj, gdzie "na gorąco" spisuje się przebieg porodu. Sama wszystko słyszałam. To też chyba było działanie opatrznościowe.

Powrcałam szybko do zdrowia, miałam wystarczającą ilość pokarmu do karmienia dziecka piersią i za kilka dni zostałam wypisana do domu.

Kiedy pokazałam domownikom, także mojej matce, która przyjechała do nas, "Księżniczkę Zdrowia Dziecka", którą otrzymałam w Klinice, zdumienie ogarnęło wszystkich, widząc wypisane te dane, o których mówiłam 5 miesięcy wcześniej, na podstawie swego snu.

Syn chował się zdrowo, a i ja też byłam zdrowa, jak nigdy przedtem. Uczył się bardzo dobrze. Do dziś mam wiele jego nagród z dedykacją na książkach od nauczycieli lub katechetów. Od pierwszej klasy był ministrantem, potem lektorem prawie do samej matury. Studia ukończył z wyróżnieniem.

Kiedy był studentem na I roku, w kilka tygodni po śmierci męża, opowiedziałam mu w obecności córek jego historię. Uważałam, że wcześniej był na to za młody i nie zrozumiałby należycie. Zrobiło to na nim ogromne wrażenie. Zapytał: "To ty, mamo, ryzykowałaś własnym życiem, abym ja mógł żyć?" Odpowiedziałam mu: "Nie - to Matką Boska cię uratowała. Jesteś Jej synem. Ja cię tylko urodziłam i wychowuję, a Ona ocaliła ci życie. Gdyby mi się nie przyśniła, mogłabym stchórzyć i wcale nie wykluczone, że moglibyśmy zginąć oboje".

Syn ożenił się. Ma bardzo dobrą i religijną żonę, naprawdę kochają się. Mają dwóch udanych synków i stanowią wprost wzorcową katolicką rodzinę. Syn jest także ceniony i szanowany w pracy zawodowej.

Kiedyś miałam dziwne zdarzenie. Przeglądając podarowane mi numery tygodnika katolickiego "Zorza" w pewnym momencie aż oniemiałam. Wśród prezentowanych tam obrazów Artura Grottgera była obraz pt. Matka Boska Bolesna. To właśnie taka sama, identycznie taka sama, przyśniła mi się w owym pamiętnym śnie. Wycięłam ten obrazek, oprawiłam w ramkę i powiesiłam przy łóżku.

Apeluję do wszystkich przyszłych matek: nie bójcie się urodzić swego dziecka. Da Bóg dziecko - da i na dziecko, wbrew Waszym przewidywaniom, spekulacjom i szatańskim doradcom. Czy przez morderstwo najniewinniejszej i świętej wprost istoty poprawicie swoje życie? Krew niewinnych zawsze będzie wołać o pomstę do Nieba. Sumienie nie da Wam spokoju do końca życia. Nie bójcie się. Zaufajcie Panu, dawcy wszelkiego życia, i nie sprzeciwiajcie się Mu. Zaufajcie Matce wszystkich matek - Maryi

I. S.


   

Wasze komentarze:
 Elżbieta : 02.02.2022, 13:00
 Mojej mamie też mówili że ciaza zagrożona bo to już czwarta ale mama powiedziała chce to dziecko urodzić i urodziłam się całą izdrowa dzisiaj mam 60 lat nie bijcie się matki Maryja nikogo nie opuści Maryjo chron nowe życie daj siłę iodwage
(1)


Autor

Treść

Nowości

Modlitwa do św. Jana NepomucenaModlitwa do św. Jana Nepomucena

Modlitwa do bł. RychezyModlitwa do bł. Rychezy

Kieszonkowe dla dziecka. Jak nie popełnić błędów?Kieszonkowe dla dziecka. Jak nie popełnić błędów?

Opalać się... z głowąOpalać się... "z głową"

Jako katoliczka nie wiem czy powinnam słuchać black i death metalu?Jako katoliczka nie wiem czy powinnam słuchać black i death metalu?

Najbardziej popularne

Godzina ŁaskiGodzina Łaski

Modlitwy do św. RityModlitwy do św. Rity

Litania do św. JózefaLitania do św. Józefa

Jezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się JezusowiJezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się Jezusowi

Modlitwa o CudModlitwa o Cud

Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2022 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej