Spadło na mnie "wielkie nieszczęście" - zostawił mnie mężczyznaOd kilku dopiero lat jestem ponownie wierzącą katoliczką, a mam już 46 lat. Bardzo wcześnie, bo już w wieku 15 lat, przestałam chodzić na lekcje religii, a do kościoła zaglądałam tylko sporadycznie przy okazji i raczej dla fantazji. Nic mnie do kościoła ani do modlitwy nie ciągnęło, po prostu nic o Bogu nie wiedziałam, a nabożeństwa, odprawiane wtedy po łacinie, nudziły mnie. Ślub wzięłam w kościele, ale tylko dlatego, że tak wypadało i żeby nie robić przykrości mamusi. Ale właściwie już od 15-16 roku życia żyłam tak, jak mi było wygodnie, tak jak gdyby Boga w ogóle nie było, bo nie było Go dla mnie naprawdę. Całe moje życie aż do roku 1978 było jednym wielkim bagnem.Wtedy właśnie spadło na mnie "wielkie nieszczęście" - zostawił mnie mężczyzna, którego bardzo kochałam. Do tego stopnia zwariowałam, że pomimo dzieci, które miałam (wtedy jeszcze małe), nie widziałam żadnego sensu życia i myślałam intensywnie o samobójstwie. Ale uratowała mnie Matka Boża - teraz to wiem na pewno - może ze względu na fakt, że jako kilkuletnia dziewczynka bardzo lubiłam nabożeństwa różańcowe, na które biegałam sama w październiku do Ojców Kapucynów w Łomży (tam wtedy mieszkałam). W okresie największej rozpaczy wpadła mi w ręce niewielka książeczka o objawieniach s. Faustyny i o Miłosierdziu Bożym. Po przeczytaniu tej książeczki przekonałam się, że jest dla mnie szansa powrotu do Boga. W tej sytuacji, gdy nie wiedziałam jeszcze, jak mam wrócić i co mam zrobić ze sobą, nadarzyła się sposobność wyjazdu do Częstochowy. Nie umiałam się modlić - zapomniałam wszystko - ale prosiłam Matkę Bożą o pomoc i o radę, co mam robić. Wtedy usłyszałam wyraźne polecenie: "Módl się za niego". Zaczęłam się uczyć o Bogu, poznając katechizm razem z synem, który przygotowywał się do Pierwszej Komunii św. (chodziłam nawet na lekcje religii). Poznając naukę Chrystusa coraz bardziej brzydziłam się siebie, swego życia i coraz bardziej śmieszyło mnie moje "nieszczęście". Od dwóch lat jestem wdową - mąż mój zmarł pogodzony ze mną - wychowuję syna (16 lat) i córkę (14 lat). Od 1978 roku jesteśmy - troje - związani bardzo z Kościołem, nosimy "Cudowny Medalik", a od roku należymy do Kółka Różańcowego im. ks. J. Popiełuszki. Nie ma dla mnie nic ważniejszego i droższego od Chrystusa i Jego Matki. Od lat zawsze staramy się być u Komunii św. w Pierwszy Piątek i Pierwszą Sobotę. Od kilku lat także "Rycerz Niepokalanej" pomaga nam w rozwiązywaniu wielu problemów. Jeszcze bardzo dużo brakuje mi do tego, żeby nazwać się prawdziwym dzieckiem Maryi - ciąle odzywają się dawne przyzwyczajenia - ale wiem, że Matka Boża czuwa nad nami i że z Jej pomocą zwyciężę wszystkie trudności. Dlatego pomimo wielu niepowodzeń nie martwię się i patrzę w przyszłość z ufnością. J. N.
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |