Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Niedziela - jak dobrze i rodzinnie przeżyć dzień Pański

W ubiegłym wieku pewien polityk niemiecki udał się na krótkie wakacje do Anglii. Wysiadłszy ze statku szedł sobie ulicą i pogwizdywał radośnie. Nagle usłyszał za plecami jakiś głos:

- Panie, proszę nie gwizdać.
- Dlaczego? Może to zakazane?
- Nie zakazane, ale dziś niedziela.

Cudzoziemiec był po swojemu głęboko religijny; uważał, że należy uszanować niedzielę, ale nie w taki sposób, by nawet nie można było pogwizdywać sobie, gdy to nikomu nie przeszkadzało. Zapytał o drogę do stacji i siadł w najbliższy pociąg do Szkocji, by wyrwać się z sieci przesadnego purytanizmu i spędzić niedzielę radośnie po chrześcijańsku i po ludzku.

Cięta to odpowiedź, ale pożyteczna: uczy, że nie powinniśmy przedstawiać niedzieli jedynie od strony moralizatorskiej i prawnej: wysłuchać Mszy Św., wstrzymać się od robót służebnych i koniec. Rodziny mogłyby to odczuć jako ciężar i nudę, jakby jakiś podatek. Można zaproponować coś lepszego: teologię niedzieli i teologię radości oraz sposób, w jaki można spędzić w rodzinie niedzielę w świetle tych teologii.

TEOLOGIA NIEDZIELI

Teologię niedzieli można streścić w trzech słowach: "dzień Pański", "dzień poświęcony Bogu", "dzień wspólnoty chrześcijańskiej".

Dzień Pański

Pan to Jezus, który nas zbawił ustanawiając Nowe Przymierze przypieczętowane Eucharystią, cierpiąc, umierając i zmartwychwstając. Stało się to w dni, w których Izrael obchodził Paschę. Dlatego mówi się, że Jezus jest naszą Paschą, że dla naszego zbawienia służą Tajemnice Paschalne, w centrum których jest Eucharystia, ofiara Nowego Przymierza, odnawiana i uobecniana w sposób tajemniczy w Kościele, aby przez nią dostąpić owoców Odkupienia. Pascha żydowska była jedynie dorocznym wspomnieniem wydarzenia z przeszłości; Pascha zaś chrześcijańska jest czymś więcej: jest faktem z przeszłości, który ponawia się dziś, codziennie. Ale powszedniość niesie z sobą niebezpieczeństwo przyzwyczajenia i monotonii. Aby więc przeżywać Przymierze i Paschę bardziej intensywnie, wyłania się z codzienności Niedziela nad Niedzielami, to jest Pascha doroczna, Wielkanoc.

Każda niedziela, można powiedzieć, jest Wielkanocą tygodnia, a Wielkanoc doroczna jest Niedzielą całego roku. Cechą dominującą Wielkanocy i niedzieli jest radość. Chrystus zmartwychwstały uspokaja nas: "śmierć została pokonana, Ja pierwszy wstępuję do nieba, a po Mnie wy pójdziecie długim szeregiem". Co za radość być dopuszczonym do uczestnictwa w losie Chrystusa.

"Z weselem obchodzimy ów dzień" - pisze w roku 135 Żyd egipski nawrócony na chrześcijaństwo (List Barnaby, 15). "W niedzielę bądźcie zawsze radośni; kto jest smutny w niedzielę, popełnia grzech" - czytamy w Nauce Dwunastu Apostołów (r. 21) z III wieku. A Tertulian pisze: "W niedzielę nie klęka się i nie pości: byłoby to czymś niewłaściwym". Ale dlaczego zaleca się modlić w niedzielę nie na kolanach, lecz stojąco? "Na znak zmartwychwstania", wyjaśnia św. Augustyn (Listy 55, 28). A św. Bazyli dodaje: "... również dlatego, że niedziela wyobraża wiek przyszły" (PG 32, 188).

Istotnie, niedziela jest nie tylko pamiątką wydarzenia przeszłego i uczestnictwem w tajemnicy obecnej, ale też potwierdzeniem radosnej pewności co do życia przyszłego. Niedziela tymczasowa, którą świętujemy dzisiaj, zwiastuje niedzielę ostateczną, która nastanie poza czasem i historią, kiedy świat przestanie żyć obecnym tygodniem. Miała dobre wyczucie tego "dnia Pańskiego" św. Teresa od Dzieciątka Jezus, gdy jako dziecko rozkoszowała się niedzielą wyrażając życzenie, by ona nigdy się nie kończyła: niestety, kończyła się; "po zachodzie słońca - napisała potem - jakaś zasłona melancholii pokrywała moją radość; serce Teresy myślało wtedy o dpoczynku w niebie i o niedzieli bez zachodu słońca - w Ojczyźnie".

Dzień poświęcony Bogu

Dlaczego poświęcony? Pan Bóg stworzył nas, abyśmy Go znali, kochali i Jemu służyli w tym życiu, a potem cieszyli się z Nim zawsze - w przyszłym życiu w Raju. Powinniśmy ciągle być zjednoczeni z Bogiem, adorując Go, składając Mu dzięki i prosząc Go o pomoc. Taka ciągłość, możliwa intencjonalnie, nie da się wyrazić w formie nieustannego kultu, przeto z różnych dni tygodnia wybiera się jeden i poświęca go w specjalny sposób Panu Bogu. Proszę mnie dobrze zrozumieć: poświęca się nie dlatego, że tylko ten dzień jest dniem Pańskim, ale dlatego, że niedziela powinna przynieść chrześcijanom taki ładunek duchowy, aby nadawała sens, smak i woń innym dniom. Nawet nasz odpoczynek świąteczny nie jest bezczynnością szabasową, jak pojmowali go faryzeusze. Niedziela to nie dzień jakiejś pustki; trzeba ją wypełnić nie tylko Mszą Św., ale też rozrywką, lekturą i refleksją pobożną a radosną, modlitwą i dziełami miłości. Owszem, niedziela jest dniem odpoczynku ciała, ale również odpoczynku serca w Bogu; przeznaczy się w niej pewne chwile na skupienie, które nie ograniczy się do unikania hałasu.

Dzień wspólnoty chrześcijańskiej

Św. Justyn pisze, że zawsze "w dniu zwanym dniem słońca wszyscy z miasta i ze wsi zbierają się razem w tym samym miejscu" (Apologia 1,6).

Nauka dwunastu Apostołów przypominała biskupom, aby "w dzień Pański" gromadzili chrześcijan na "łamanie chleba": "niech lud wiernie zbiera się w Kościele (czyli wspólnie), by nikt nie osłabiał Kościoła swą nieobecnością i nie pomniejszał o jednego członka Ciała Chrystusowego". Na tych spotkaniach wierni pamiętali też o innych wspólnotach. Już św. Paweł prosił, aby w czasie zebrań niedzielnych zbierano ofiary na biednych w Jerozolimie (por. 1 Kor 16,1). Dionizy (t 175), biskup Koryntu, pisał do papieża Sotera: "Dzisiaj obchodziliśmy święty dzień niedzieli, w czasie którego odczytaliśmy Wasz list" (por. Euzebiusz, Historia Kościoła IV, 32). Trzymamy się i my tej praktyki, podyktowanej potrzebą jedności bratniej, kiedy w czasie Mszy św. w imię miłości Boga robimy zbiórki na dotkniętych klęską trzęsienia ziemi, na misje, na chleb dla głodujących.

TEOLOGIA RADOŚCI

Zacytuję wypowiedź przemysłowca amerykańskiego Andrzeja Carnagie (zm. 1919), jednego z najbogatszych ludzi w świecie. "Urodziłem się w nędzy, ale nie zamieniłbym wspomnień ze swego dzieciństwa na wspomnienie dzieci milionerów. Cóż mogą one wiedzieć o radościach rodzinnych, o słodkiej postaci matki, która jest jednocześnie niańką, praczką, kucharką, nauczycielką, aniołem i świętą?"

Jako młodzieniec pracował w przędzalni w Pittsburgu za liche 56 lirów miesięcznie w przeliczeniu na dawne pieniądze włoskie. Pewnego razu w czasie wypłaty kasjer kazał mu zaczekać. Czarnegie drżał myśląc, że chcą go zwolnić z pracy. Tymczasem kasjer wypłaciwszy innym powiedział mu: "Andrzeju, śledziłem uważnie twoją pracę i doszedłem do wniosku, że jest ona warta więcej niż praca innych, dlatego podnoszę ci wypłatę do 67 lirów." Czarnegie biegiem wrócił do domu, gdzie matka rozpłakała się na tę wiadomość. "Mówicie o moich milionach - zwierzał się - ale wszystkie te miliony razem nie dały mi nigdy takiej radości jak owe 11 lirów podwyżki".

Wiele jest podobnych radości. Są to radości czysto ludzkie, ale zdrowe: radość studenta, gdy zdał egzamin, matki, gdy zdobyła wreszcie własny dom dla dzieci, absolwenta, gdy po otrzymaniu dyplomu znalazł od razu odpowiednią pracę. Takie radości mogą być wielką pomocą do życia dobrego i są zgodne z pragnieniami Chrystusa, który nazwał swoje orędzie ewangelią, to jest radosną nowiną (Mt 24, 14; Mr 14, 9), i którego narodzenie zostało ogłoszone jako "radość wielka" (Łk 2, 10). Apostoł Paweł zachęca: "Radujcie się zawsze w Panu: jeszcze raz powtarzam: radujcie się!" (Fil 4, 4). I stwierdza, że "królestwo Boże to sprawiedliwość, pokój i radość" (Rz 14, 17), a "owocem ducha jest miłość, radość i pokój" (Gal 5, 22).

Nie można jednak traktować tych radości jako rzecz absolutną, bezwględną: są one czymś, ale nie wszystkim; mogą być środkiem pożytecznym, ale nie celem najwyższym; trwają jakiś czas, ale nie zawsze. Tych, co mają takie radości, św. Paweł upomina: "niech ich używają, jakby ich nie używali, bo przemija postać tego świata" (1 Kor 7, 31). Należy też rozróżniać i wybierać: co innego jest radość, a co innego przyjemność - co innego radość związana z aktami dobrymi, jak przebaczenie czy pomoc bliźnim, a co innego radość związana z aktami złymi, jak uciecha z czyjegoś niepowodzenia czy chełpienie się posiadaną władzą.(...)

Chrześcijanin uśmiechnięty i radosny staje się też apostołem. Św. Piotr pisze: "Nie dajcie się zaniepokoić..., zawsze gotowi odpowiedzieć każdemu, kto żąda od was uzasadnienia waszej nadziei" (1 P 3, 15), a przecież nadzieja jest siostrą bliźniaczą radości: ma za przedmiot dobra, które chce się zdobyć, gdy radość - dobra, które już się posiada.

Rozumieli to święci. Św. Filipa Nereusza zastał raz przyjaciel Zenobi, jak czytając Zabawne historyjki Plebana śmiał się serdecznie. "Kapłan Pana nie powinien tak się śmiać" - zwrócił mu uwagę Zenobi. "Ale Pan jest dobry - odciął się Filip - dlaczego nie miałby być zadowolony, gdy jego dzieci się śmieją? Smutek pochyla nam głowę i nie pozwala patrzeć w niebo. Trzeba zwalczać smutek, a nie radość".

Ale jeżeli zdarzy się cierpienie? Wierzący nie gorszy się nim. Wie, że Bóg jest dobry, że gdy chodzi o zło, On je tylko dopuszcza i umie zeń wydobyć dobro, że to życie na ziemi jest przejściowe. Zna prawdę o grzechu pierworodnym. Nie potrafi powiedzieć nic więcej, dać odpowiedź na liczne i trapiące "dlaczego" w związku ze złem w świecie. Umie jednak zachować się w cierpieniu. Jak? Tak jak Jezus Chrystus. Był On niewinny, święty, czynił dobrze wszystkim, a mimo to prześladowano Go i przybito do krzyża. Otóż Jezus zdał się na wolę Ojca, choć nie było to łatwe. Cierpiał dla zbawienia innych, modlił się za prześladowców.

I nam polecił modlić się: "Ojcze..., bądź wola Twoja". Jest jasne, że to my mamy pełnić tę wolę, a nie, jak to niektórzy myślą: "Chcę Cię kochać, mój Jezu, jak długo będziesz pełnił moją wolę". Św. Filip Nereusz zwykł był modlić się: "Dziękuję Ci, mój Jezu, że sprawy nie idą tak, jakbym chciał". Ta modlitwa św. Filipa przenosi nas od razu na poziom radości nadprzyrodzonej. Ten poziom osiągnęli Apostołowie, którzy "cieszyli się, że stali się godni cierpieć dla imienia Jezus" (Dz 5, 41), czy św. Teresa od Dzieciątka Jezus, która zwierzyła się: "W dzieciństwie cierpiałam ze smutkiem; teraz też cierpię, ale w inny sposób: w radości i pokoju, i jestem szczęśliwa, że cierpię".

W PRAKTYCE RODZINNEJ

Jak przenieść teraz te mini-teologie do rzeczywistości niedzielnej dzisiejszej rodziny? Innymi słowy: jak stworzyć w dzisiejszej rodzinie taki klimat radości, by zharmonizował się z prawdziwą radością wielkanocną i z niej czerpał pokarm?

Nie jest to sprawa łatwa. Żyjemy w klimacie konsumpcyjnym: używać, mieć wszystkie możliwe wygody - staje się często celem, któremu poświęca się wszystko inne. Czas niedzieli bywa przeznaczony w wielkiej mierze na krzykliwe imprezy sportowe, długie wycieczki, zebrania itp.: dla Pana Boga zostawia się, o ile się zostawia, okruchy. Odpoczynek świąteczny nazywa się weekendem, ale nieraz nie jest to odpoczynek, lecz trud świąteczny, który dołącza się do trudu dni powszednich, szarpiąc nerwy na drogach zatłoczonych nie kończącymi się rzędami samochodów, któreś posuwają się żółwim krokiem. To wszystko prowadzi do tego, że w poniedziałek człowiek jest bardziej zmęczony niż w sobotę wieczorem. (...)

Spróbuję ustalić kilka zasad.

  1. Nie można wytworzyć naprędce w domu chrześcijańskiego klimatu niedzieli. Nie może być ona jakąś wyspą, jakimś nawiasem, przed i po którym idą tygodnie życia zeświecczonego. Niepodobna sprawić, żeby nadąsane i zmarszczone w tygodniu twarze rozjaśniły się nagle, gdy je tylko pocałuje słońce niedzielne.

    Dziecko w pierwszych siedmiu latach, złotym wieku inteligencji, wchłania w siebie jak gąbka wszystko, co widzi i słyszy. Uczy się mówić w domu, patrząc na najbliższych i słuchając ich. Co robić, by dzieci nauczyły się też modlić i uśmiechać? Po prostu niech widzą swych rodziców i rodzeństwo, jak się modlą, jak są życzliwi dla siebie, zadowoleni i uśmiechnięci. Wiele więc zależy od tego, czy i jak rodzina się modli, jak obchodzi imieniny i urodziny, jak szanuje zmarłych, nauczycieli i kapłanów. Jaki w domu panuje język: szlachetny czy wulgarny? Czy trudy codzienne znosi się z poddaniem woli Bożej? Jak rodzice - świadomi, że patrzą na nich dzieci - pokonują nieuniknione chwile zmęczenia i złego humoru? Czy ona potrafi zdobyć się na uprzejmość, kiedy on jest poirytowany i pochmurny? Czy on zachowuje się spokojnie i czeka na przejaśnienie, kiedy ona jest nerwowa i zmęczona? A jak wygląda urządzenie domu? Czy wszystko jest tylko po to, by pokazać dobrobyt, czy ze względu na użyteczność? Czy w meblach, obrazach, książkach, czasopismach wyczuwa się subtelność i religijność głowy rodziny? Każdy z tych elementów działa dzień po dniu, rok po roku, drążąc i rzeźbiąc w duszach, wpływając na los całego życia, a tym samym na styl niedzieli.

  2. Życie w samej radości jest niemożliwe, wszyscy muszą liczyć się z cierpieniem. Jest więc rzeczą mądrą przygotować dzieci, już od małego na rozczarowania życiowe, pomagać im, by reagowały na nie w sposób pogodny. Dziecko potrzebuje czuć przy sobie tatusia i mamę, ale oni mają je kochać miłością rozumną, która wspiera i zachęca, jednak bez wyręczania we wszystkim, bez litowania się w każdej przykrości, bez usprawiedliwiania wszystkiego.

    "Pewne dziecko trzyletnie płakało rozpaczliwie wskazując na nóżkę. Niania wzięła je na ręce, zdjęła bucik, w którym znalazła kamyczek.

    - O, widzisz! - zawołała - to on ci zrobił tyle przykrości. Podły! Wyrzucimy go.

    Słuchała tego matka, która w owej chwili nadeszła, i powiedziała niańce:

    - Włóż mu bucik z kamykiem. Mówię poważnie: zrób, jak ci każę.

    Posłuchała. Wtedy matka odeszła na koniec pokoju, odwróciła się, pochyliła i z serdecznym uśmiechem zawołała dziecko do siebie:

    - Ty mnie kochasz, więc przyjdź mnie uściskać, z kamykiem w buciku, tylko nie płacz.

    I dziecko poszło bez płaczu nieco utykając. Matka biorąc je na ręce wypowiedziała słowa, których ono wówczas nie zrozumiało, ale które mu potem nieraz przypominała:

    - Masz postępować zawsze tak jak teraz. Idź swoją drogą nie patrząc na przeszkody i cierpienia, których ci nie zabraknie w życiu. Pamiętaj na słowa matki: Do nieba idzie się zawsze z kamykiem w bucie!" (M. Bargoni)

    Bywają rodzice, którzy nie chcieliby żadnego kamyka w buciku swych dzieci: pozwalają im na wszystko, zaspokajają wszelkie ich potrzeby, a nawet zachcianki. Źle je przyzwyczajają. Zapominają, że "życie nie jest z góry przeznaczone na to, by było brzemieniem dla wielu, a świętem dla niektórych, ale na wszystkich nakłada obowiązki, z których każdy będzie kiedyś musiał zdać rachunek" (Manzoni, Narzeczeni).

    Gdy się czyni święto z każdego dnia, wtedy dzieci nie odczuwają niedzieli jako święta.

  3. Nie będzie udanej niedzieli, jeżeli się jej przedtem nie obmyśli, nie zaplanuje. Głównym projektantem winien być ojciec przy współpracy żony i starszych dzieci. Wyzbywa się swej władzy, gdy nawet w niedzielę nie pozostaje ze swoimi. Jest egoistą, gdy pilnuje tylko "swoich" kart, "swojej" partii bilardowej, nie myśląc, jaką rozrywkę będą mieli żona i dzieci, gdy uważa bar czy stadion jako "spokój" po "burzy" rodzinnej. A przecież coś przeciwnego winno być prawdziwe: spokój jest w rodzinie.

  4. Przy planowaniu należy się zatroszczyć, aby święto wyróżniało się czymś wśród innych dni tygodnia. Już w sobotę po południu malcy z przyjemnością obserwują wielkie sprzątanie w domu, na stole stosy czystej bielizny wyciągniętej z szaf, na podłodze wyczyszczone i ustawione porządnie buty, w spiżarni tort. Nadchodzące święto przypomina dobrze biały obrus, który matka nakrywa stół po kolacji. I inni oddychają w sobotę wieczorem atmosferą swobody i wolności: "Jutro nie idzie się do szkoły, jutro ojciec nie pracuje, będziemy wszyscy razem. A podobnie będzie u naszych sąsiadów i u naszych przyjaciół."

  5. A oto już niedziela. Niech ona w miarę możności jak najbardziej jednoczy. Dobry to zwyczaj, gdy cała rodzina bierze udział w tej samej Mszy świętej. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus będąc dzieckiem z radością podawała rękę ojcu i szła z nim i siostrami na Mszę św. Niewiele pojmowała z kazań, częściej niż na kaznodzieję spoglądała na tatusia, na jego twarz, która mówiła jej bardzo wiele. Tak, dla najmniejszych twarz czy zachowanie się rodziców w kościele może być Ewangelią żyjącą.

  6. A potem obiad. Kto planuje, musi przewidzieć na stole coś, co spodoba się wszystkim: lody dla malców i młodzieży, ulubione słodycze dla mamy, coś dla taty. I rozmowa, której tematyka ma włączyć wszystkich. Rodzice winni interesować się z sympatią i zrozumieniem sprawami, jakie przynoszą do stołu dzieci, nawet gdy zdają się być one małej wagi, gdy dotyczą tylko sportu, mody, szkoły. Winni troszczyć się, aby rozmowa była umiarkowanie ożywiona. A w pewnej chwili trzeba zwrócić uwagę na najmniejszych. Uwalniać się od nich, każąc im przez całe godziny siedzieć przy telewizorze lub wysyłając je stale do kina, nie jest rzeczą mądrą ani roztropną; nie jest też dobre ograniczać zbytnio ich wrodzoną żywość. Ale rodzice powinni też znaleźć trochę czasu dla siebie, by wzbogacić się umysłowo i duchowo.

    Oczywiście, trzeba trochę pomysłowości, aby urozmaicić i wyjść choć nieco naprzeciw wszystkim domownikom. Trzeba też zmysłu i wysiłku przystosowania. Przydarzyło się raz wielkiemu Darwinowi przyjąć w swoim studium poselstwo od własnych dzieci. "Tatusiu - powiedziało jedno z nich - powzięliśmy decyzję płacić ci cztery szylingi za każdym razem, gdy przyjdziesz pograć z nami i opowiedzieć nam jakąś historyjkę." Zacny Darwin - musiał zawieszać swoje głębokie badania naukowe, by powiedzieć dzieciom "dobrze". Jeszcze bardziej godni uznania są rodzice katoliccy, jeżeli po rozmowie z dziećmi małymi i większymi umieją znaleźć czas, by poczytać dobrą książkę czy dobre pismo albo wziąć udział w kursach kultury katolickiej. Dziś z wiary zachowuje się tylko to, co się obroni, a nie obroni się wiele - przy ogromnej propagandzie przeciw Kościołowi - jeżeli człowiek nie kształci się wciąż na bieżąco.

  7. (...) Modne jest dzisiaj "tworzenie wspólnot" poza domem. Ale czy i dom nie ponosi winy za rozbijanie spójni rodzinnej?

    Oto wieczór w rodzinie opisany przez Andrzeja Mauroisa:

    "Ojciec, wyciągnięty na fotelu, czyta dziennik, czasem drzemie. Matka robi na drutach i przedstawia starszej córce kilka problemów, które ciążą na jej życiu jako gospodyni domu. Jeden z chłopców czyta jakąś powieść kryminalną podśpiewując sobie, drugi majstruje przy gniazdku elektrycznym, a trzeci, dręcząc czułe uszy domowników, wyszukuje w aparacie programy muzyczne ze stolic europejskich. Z tego powstaje ładna kakofonia: hałas radia psuje czytanie czy sen ojca; milczenie męża zasmuca żonę; rozmowa matki z córką przywodzi do rozpaczy chłopców; ten objawia zły humor, ów nie odpowiada na pytania, inni wybuchają bez powodu śmiechem."

    Należy unikać sytuacji tego rodzaju, a zabiegać o harmonię i jedność, przy czym każdy winien złożyć jakąś ofiarkę dla dobra wszystkich, oto jedno z zadań do wykonania w niedzielę.

  8. W niedzielę trzeba też wyręczyć mamę, która zazwyczaj najwięcej poświęca się w domu. Mówiono kiedyś: "królowa ogniska domowego". Niestety, jest ona raczej "służącą ogniska domowego". Niechże przynajmniej w niedzielę ma jakąś ulgę w swoich zajęciach. Niech córki czy nawet mąż zaofiarują się, by ją zastąpić w jakimś obowiązku. "Mamo, w niedzielę my zmywamy naczynia." "Wieczorem mama nie robi kolacji; zjemy coś na zimno po powrocie ze wspólnej wycieczki czy po wizycie u dziadków lub wujostwa."

  9. Po kolacji i obejrzeniu jakiegoś programu telewizyjnego rodzina chrześcijańska powinna pomodlić się wspólnie.

    Po raz trzeci cytuję św. Teresę od Dzieciątka Jezus: w niedzielę wieczorem - wspomina - po grze w warcaby, po wysłuchaniu śpiewu tatusia, "szliśmy odmówić wspólnie modlitwę... ja tylko spoglądałam na tatusia, by wiedzieć, jak się modlą święci".

    Do czegoś takiego winny dążyć rodziny, jeżeli chce się przywrócić niedzieli charakter chrześcijański. Powiedziałem: rodziny, ale myślę nade wszystko o małżonkach. Jeżeli pragną w pełni radości wielkanocnej oddać się Chrystusowi, który znajduje się w domu w osobie dzieci powierzonych im przez Boga, niech starają się wprowadzić na nowo wspólną modlitwę.

    Kard. Albin Luciani
    późniejszy papież Jan Paweł I

    Tłumaczono z książki II Magistero di Albino Luciani, Ed. Mesaggero Padova 1979.



    Wasze komentarze:

    Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



    Autor

    Treść

    Nowości

    św. Ryszardśw. Ryszard

    Modlitwa do św. RyszardaModlitwa do św. Ryszarda

    Modlitwa do św. TeodoraModlitwa do św. Teodora

    Podziękowanie wiarąPodziękowanie wiarą

    Drogowskaz katolika abstynentaDrogowskaz katolika abstynenta

    Doniosły wniosek z postępu nauki i technikiDoniosły wniosek z postępu nauki i techniki

    Najbardziej popularne

    Tajemnica SzczęściaTajemnica Szczęścia

    Godzina ŁaskiGodzina Łaski

    Modlitwy do św. RityModlitwy do św. Rity

    Litania do św. JózefaLitania do św. Józefa

    Jezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się JezusowiJezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się Jezusowi

    Modlitwa o CudModlitwa o Cud

    Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2023 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej