Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Kaszubskie dyngowanie

     W roku tak wyczekiwanego przez wszystkich chrześcijan największego święta - Zmartwychwstania, dodawały zawsze, przekazywane z pokolenia na pokolenie, bardzo zabawne nieraz tradycje. Od dawna już zamierają one, co najwyżej przybierają postać szczątkową, gdyż wypierane są przez wszechpanujące w naszych domach "szklane TV okna na świat", które tym co obce przysłaniają to, co rodzime.

     Przypomnijmy więc sobie jeszcze raz, jak niegdyś obchodzono drugi dzień Wielkanocy. Warto, póki żyją pośród nas ci, którzy zwyczaje te pamiętają z własnych przeżyć i potrafią tak pięknie, z sercem i dokładnie o nich opowiadać.

     Podczas gdy ludzie w całym kraju wyprawiają harce z wodą, zwane - w zależności od regionu - dyngusem, śmigusem, oblejem, oblewanką, świętym lejem lub po prostu lejkiem - Kaszubi od niepamiętnych czasów panny swe sieką rózgami.

     Czysta, najlepiej wartko płynąca woda, była w tych stronach w użyciu tylko w pierwszy dzień Wielkanocy, przez Kaszubów jastrą zwanej, kiedy to ten jedyny raz w roku woda miała czarowną wręcz moc. Kto bowiem umył się nią o świcie, koniecznie przed wschodem słońca, ten miał piękną cerę. Woda jastrowa miała przecież siłę życiodajną i oczyszczającą. Zapewniała ogólną tężyznę i zdrowie. Należało jednak spełnić jeden warunek: w drodze powrotnej od strumienia nie wolno się było pod żadnym pozorem oglądać za siebie ani rozmawiać. Wiedzieli o tym chłopcy, którzy czyhali przy źródle na płoche dziewczęta. Kusili je, straszyli, by nakłonić do złamania żelaznej zasady.

     W niektórych częściach Kaszub do wody po zdrowie i płodność pędzono także konie i bydło.

     Wielkie dyngusowanie, polegające na chłostaniu dziewcząt i niewiast brzozowymi witkami, gałązkami jałowca lub nawet ciernistą tarniną, zaczynało się niegdyś już po północy z pierwszego na drugi dzień świąt i trwało do świtu, niekiedy przeciągając się na cały dzień. Kawalerowie już na dwa tygodnie naprzód szli do lasu szukać odpowiedniego "dyngusa". Był nim najczęściej do rodny jałowiec. Uchwyt gałązki czyszczono z kory, nawet przyozdabiano go. Jałowiec chowano pod łóżko. By lekko zwiądł, bo taki właśnie lepiej kłuje.

     Przygotowywano też duży kosz na dyngusowe podarki. Wybierano się kilkuosobową grupą, najchętniej tam gdzie mieszkały młode dziewczyny Dostanie się do środka domu, zamykanego na tę noc na dziesięć spustów, nie było sprawą łatwą. Zakradali się więc chłopcy już wieczorem na poddasze upatrzonego domu, nocowali w jakiejś komorze lub innej kryjówce.

     W nocy lub o świcie wyskakiwali kawalerowie ze swoich ukryć, zdzierali ze śpiących dziewcząt pierzyny i smagali je po odkrytych częściach ciała. Najwięcej dostawało się im po nogach, chociaż im wyżej udało się pannę odkryć, tym większy był sukces.

     Było przy tym wiele pisków i wrzasków, ponieważ kobiety uciekały, chroniły się przed bolesnymi zalotami. Dla bezpieczeństwa na tę noc zakładały na siebie męskie spodnie, naciągały grube skarpetki, szczelnie otulały się pierzynami. Ta obrona była niekiedy zwykłą kobiecą kokieterią, w końcu to każda chciała być wydyngowana, bo wielka była to ujma dla honoru tej, którą pominięto.

     Mimo zadanego bólu, posiniaczonych często nóg, wszystko kończyło się pogodnie, a dyngowników spotykała nagroda. Ojciec przynosił z komory jaja, matka - słoninę albo kiełbasę oraz kawał świątecznego kucha. Dla niektórych kawalerów ta oryginalna wizyta była okazją do oświadczyn. Jeśli został przyjęty, od razu urządzano tańce.

     Nieco lżej, ale jednak dostawało się po nogach gospodyni, gospodarzowi, a także dzieciom, bo biczowanie zieloną gałązką chroniło od wszelkie go zła. Zawarte w świeżych pędach siły miały przechodzić na ludzi.

     Podczas dyngowania wymawiano specjalne teksty. Najpopularniejszym z nich był dwuwiersz:

     Dyngu, dyngu, po dwa jaja!
     Nie chcę chleba, jeno jaja.

     Niektóre przybierały formę komple mentu:
     A wy, pani matko, piękną córkę macie.
     Szczęśliwy ten będzie, komu wyją dacie.

     Chłopcy przymawiali się również ojcu:

     A wy, panie ojcze,
     zabiliście świnię,
     Rychlej stąd nie pójdziem,
     Aż ją całą zjemy.

     Ostrzegane były panny w następujący sposób:
     Boczcie nasze dziewczątka,
     Bo tu bocian krąży.
     Żeby która nie płakała,
     Kredy do niej zdąży.

     Ale dziewczyny potrafiły się na to kąśliwie odciąć:
     Na naszym podwórku
     leżą stare wiechcie,
     Takuch, jak wy jesteście,
     żadne dziewczę nie chce.

Ewa Kunicka
Pielgrzym, nr 139


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej