Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Różne twarze samotności

     W pojęciach "samotność", "samotny", "osamotniony" odnajdujemy dużo więcej pytań, niż odpowiedzi. Przylgnęły one na dobre do osób niezamężnych. Tymczasem samotność ma różne twarze i różne imiona. Co znaczy bowiem bycie osobą samotną? Nie jest to tylko brak męża, żony, towarzysza, przyjaciela, rodziny. Spotykamy bowiem wielu szczęśliwych, spełnionych tzw. samotnych i wielu małżonków cierpiących z powodu samotności. Człowiek może być bardzo samotny i opuszczony w gronie najbliższych osób. Znakiem naszych czasów jest właśnie człowiek pozostawiony sam sobie - opuszczone dzieci, dorośli ludzie bez trwałych związków, porzuceni chorzy i starcy. Taką rzeczywistość Jan Paweł II określił mianem "cywilizacji śmierci".

     Bóg, w Trójcy Jedyny, istnieje w nieustannym darze spotkania. Każdy z nas, uczyniony na obraz i podobieństwo Boga, odnajduje w sobie potrzebę więzi, relacji, odniesienia do drugiej osoby. Człowiek zasnął w poczuciu samotności, a obudził się kobietą i mężczyzną - osobą w relacji. Ta nowa rzeczywistość obudziła w nim zachwyt! W rajskich planach Pana Boga nie było samotności: było spotkanie, jedność, harmonia... Grzech to rozerwał, wprowadzając w powstałe pęknięcie samotność. Odtąd każdy człowiek boryka się z osamotnieniem, z trudem budowania relacji.

     Spotkanie jest wydarzeniem, które dzieje się w świecie osób. Jest to wydarzenie dobre - realizujemy w nim wartości takie jak: szczerość, zaufanie, otwartość, prostota i uczymy się różnych wymiarów miłości. Dowiadujemy się obiektywnej prawdy o sobie, wzrasta nasze poczucie godności, radość i siła do życia. W kontekście takiego obdarowania, wynikającego z dobrych ludzkich relacji, jeszcze jaskrawiej jawi się problem osamotnienia.

     Czym jest samotność, osamotnienie? Podobnie jak miłość, samotność ma wiele imion. Inna jest przecież samotność męża, żony, matki, ojca, księdza czy zakonnicy, a inna osoby, która może i ma rodziców, rodzeństwo, przyjaciół, ale bardzo pragnie pokochać i być kochaną wyłączną miłością.

     Można przypuszczać, że osoby żyjące w małżeństwie, doświadczając oblubieńczej relacji z człowiekiem przeciwnej płci, w całej pełni korzystają z obdarowania rzeczywistością spotkania. Tak, ale pod warunkiem, że miłość małżeńska jest autentyczna i pielęgnowana! Łatwo jest patrzeć na bliską nam osobę z miłością w chwili zafascynowania, znacznie trudniej zachować taką postawę w codziennym byciu razem. Stąd właśnie samotność, poczucie osamotnienia, może tym boleśniej, dotyka również osoby żyjące w małżeństwie.

     A księża, zakonnicy i zakonnice, świeckie osoby konsekrowane? Ich udziałem jest jedyna i oblubieńcza relacja z Osobą Boga Trójjedynego. Również i tu obecne jest całe obdarowanie rzeczywistością spotkania - pod warunkiem, że osoba powołana prawdziwie kocha Boga, ufa Mu i trwa z Nim w osobistej relacji. Miłość w powołaniu, choć nosi cechy miłości oblubieńczej, nie ma zastąpić męża lub żony. W życiu i powołaniu księży oraz osób konsekrowanych miejsce żony, męża jest puste. To jest świadectwo, do którego zostali wezwani, obraz wieczności każdego z nas - "przy zmartwychwstaniu nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić, lecz będą jak aniołowie Boży w niebie" (Mt 22,30).

     Czy w takim razie mamy tu kolejnych szczęśliwców, którzy nie muszą borykać się z problemem samotności? Z pewnością tak nie jest. Życie odpowiedzią na Boże wezwanie to wymagająca relacja. Z jednej strony doświadczenie osobowego spotkania i wszystkich jego skutków, na dodatek z Osobą, która nie odejdzie, szczerze kocha i zawsze pozostaje wierna; z drugiej strony owo puste miejsce w ludzkiej miłości oblubieńczej a równocześnie wezwanie do życia w relacji, do bycia osobą otwartą również na ludzki wymiar spotkania, który objawia się zdolnością do kochania konkretnych ludzi.

     Można być samotnym na wiele sposobów. Znałam kiedyś dwie panie. Obie staruszki, były wdowami i zostały całkiem same na świecie.

     Pani Stasia, ułomna i schorowana, ale wielkiego serca - sama zgłosiła się do duszpasterstwa akademickiego na Czarnej w Gdańsku Wrzeszczu. Od tej pory odwiedzało ją grono młodych ludzi. To u niej zawiązywały się przyjaźnie, ona wysłuchiwała intymnych zwierzeń zakochanych, ocierała łzy po nieudanych egzaminach i podtrzymywała na duchu... Robiliśmy dla niej zakupy, gotowaliśmy, aby zjeść coś po domowemu, dyskutowaliśmy i byliśmy razem. Nawiązane tam przyjaźnie przetrwały do dziś. Choć zewnętrznie pani Stasia była sama, nie była jednak samotna, ani osamotniona. To była jej decyzja, jej staranie i wysiłek wyjścia poza swój świat, aby otworzyć go dla innych, wpuścić ich takimi, jacy są i podzielić się sobą.

     Pani XY - na prośbę znajomych towarzyszyłam jej przez tydzień, żeby nie była sama. Moja obecność jednak nie zmieniła w niczym jej nastawienia do własnego nieszczęścia. Była to kobieta zatrzymana na sobie, żyjąca w swoim świecie. Inni (rodzina, sąsiedzi) byli jakoś zawsze przeszkodą, zawsze winni i nie wypełniający oczekiwań. Nie można było zaradzić dotkliwemu poczuciu osamotnienia, na które się skarżyła.

     Są więc wśród nas samotni i samotni. Czy zawsze mamy wpływ na kształt naszej samotności, na jej przyczyny i sposób jej przeżywania? Nie zawsze. Najbardziej jaskrawym przykładem są dzieci, te niekochane, niechciane, ale i te, które choć mają rodziców i opływają we wszystko, co w życiu niezbędne i zbędne - to jednak doświadczają nieraz dotkliwej samotności.

     Podobnie jest z samotnością człowieka chorego, unieruchomionego w łóżku, zależnego od innych. Każdego z nas może to spotkać i spotyka! Zadziwiające, jak choroba weryfikuje więzi rodzinne i zawarte przyjaźnie! Jest egzaminem dla obu stron dramatu. Pracując w szpitalu, z ludźmi terminalnie chorymi, miałam okazję obserwować tragedię osób opuszczonych przez najbliższych oraz cudowne odchodzenie tych, którzy każdej godziny mieli przy sobie bliskich - mimo rozlicznych trudności z tym związanych. Gdzie tkwi tajemnica? Chyba w nas samych. Jestem przekonana, że całym naszym dotychczasowym życiem pracujemy na wynik tego egzaminu, który kiedyś przyjdzie nam zdawać.

     Samotność umierającego - są takie miejsca i chwile w życiu każdego człowieka, wobec których musi stanąć sam. Choćby otoczony przez kochających go bliskich. C. S. Lewis we wspomnieniu pt.: Smutek, napisanym po śmierci ukochanej żony dzielił się: "Jest jakaś granica w pojęciu Ťjedno ciałoť. W rzeczywistości nie można dzielić cudzej choroby, cudzego strachu czy bólu. Ale można być wspierająco i kochająco obecnym!" Samotność osieroconych i owdowiałych - samotność żałoby i rozstania, na które nie mamy wpływu, a z którym musimy nauczyć się żyć i znaleźć imię dla osobistej nadziei. Moja przyjaciółka w bardzo krótkim czasie straciła całą rodzinę. Umarli wszyscy bliscy krewni i po ludzku została sama, ale nie należy do osamotnionych, była i jest człowiekiem relacji, spotkania.

     Kto modli się, zawsze jest w relacji do Osoby i z Osobą. Czasem aż "z głębokości wołam do Ciebie, Panie" (Ps 130,1), ale pamiętam, że "głębia przyzywa głębię hukiem Twych potoków" (Ps 42,8), dlatego mogę mieć nadzieję na spotkanie w przestrzeni wiary i nadziei. Czynię wszystko, co mogę ze swej strony, a resztę zostawiam Bogu.

     Wiele jest przyczyn samotności. Czy można powiedzieć, że jest samotność zawiniona i niezawiniona? Myślę, że tak. Jestem odpowiedzialna za to, w jaki sposób zmierzę się z własnym osamotnieniem (gdy i mnie dopadnie! - a zjawi się niezawodnie, prędzej czy później, bardziej lub mniej intensywnie, ale stanie się również moim udziałem). Jestem też wezwana do pomniejszania kręgu samotności osób wokół mnie. Moja matka, ojciec, cichutka sąsiadka, zagubiony kolega syna, nieśmiała koleżanka z pracy...

     Sięgając po różne imiona samotności, na koniec zostawiłam sobie osoby powszechnie nazywane samotnymi lub coraz częściej singlami. Panny i kawalerowie w tzw. słusznym wieku! Często nie wiadomo co z nimi zrobić, gdzie ich zakwalifikować? Jak do się nich zwracać?

     Coraz częściej słyszy się twierdzenie, że istnieje powołanie do samotności! Osobiście mam duże wątpliwości odnośnie do takiego rodzaju powołania. Owszem, jeśli Bóg wzywa do pozostania w stanie bezżennym, czyni to dla określonego celu, dla owego świadectwa, o którym już pisałam i "dla królestwa niebieskiego" (Mt 19,12). Ale Pan Jezus mówi "Kto może pojąć, niech pojmuje" (Mt 19,12). Jeśli więc osoba, która wciąż jest bezżenna, nie pojmuje dlaczego tak się dzieje, nie można wmawiać jej powołania do stanu samotnego! Dodatkowo jeszcze proponować zaangażowanie społeczne, pomoc rodzinom w opiece nad dziećmi, zajęcie się starcami, branie na siebie dodatkowych dyżurów (zwłaszcza tych w święta!), żeby małżonkowie mogli być z rodziną... "Baaaaardzo fajna alternatywa" - stwierdziła pewna kobieta.

     Osoby, które pojmują (zgodnie z tym, co mówił Pan Jezus) swoje pozostawanie w stanie bezżennym, dobrze wiedzą co zrobić ze swoim życiem i z tym powołaniem. Obawiam się jednak przypisywania tego powołania osobom (najczęściej kobietom!), które nie założyły rodziny mimo upływu lat. Znam sporo takich kobiet i muszę powiedzieć, że większość z nich, choć funkcjonuje jako osoba, która wybrała samotność - de facto tej samotności nie wybierała! Bardzo częste intensywne zaangażowanie we wspólnotę religijną bywa często rekompensatą i wypełnieniem pustki. Nierzadko osoby takie nie mają innych znajomości poza wspólnotą. W wielu wspólnotach religijnych brakuje dojrzałych i chętnych do małżeństwa mężczyzn, choć są wystarczająco pobożni. Trzeba by raczej zmierzyć się z własnymi problemami, naprawić co się da i poszukać kandydata na męża w szerszym środowisku. To oczywiście zakłada osobisty wysiłek (może podjęcie terapii), wyjście poza bezpieczny krąg znanych układów i wprowadzenie koniecznych zmian w życiu. I prawdę powiedziawszy nikt inny za nas tego nie uczyni! Moje życie to moja odpowiedzialność.

     Bardzo nie lubię pojękiwania, że "tak chciałabym mieć męża, dzieci, ale nikogo odpowiedniego nie znalazłam", "wracam codziennie do pustego domu", "czuję się taka sama"... A co szkodzi zapraszać do tego pustego domu grono znajomych? Co stoi na przeszkodzie, aby zapisać się np. do klubu podróżnika i co tydzień z grupą nieznanych a interesujących i wartościowych ludzi wędrować przez pobliski park krajobrazowy albo wstąpić do Klubu Morsów... Wszak "Nieznajomy to po prostu przyjaciel, którego jeszcze nie spotkałeś" (C. de Hueck Doherty). A może współmałżonek, którego trzeba wysupłać z tłumu?! Takiej relacji jak miłość, przyjaźń nie da się oczywiście z góry zaplanować. Można jednak przyjmować postawy mogące doprowadzić do spotkania takie jak: miłość ewangeliczna, nadzieja, wytrwałość i cierpliwość, zaufanie, roztropna! otwartość itp. Dawanie oparcia i przyjmowanie oparcia w chwilach trudnych.

     Można rzec: samotny dojrzewa, osamotniony marnieje. To z jednej strony gra słów, z drugiej zaś próba wyrażenia różnicy w sposobach przeżywania tej samej rzeczywistości. Znam kilka kobiet, które pomimo tego, iż odznaczają się zdrową osobowością, są dojrzałe, inteligentne, towarzyskie, otwarte i mają szerokie grono znajomych - nie spotkały na swojej drodze człowieka, którego by pokochały i mogły założyć z nim upragnioną rodzinę. I błagam, nie wciskajcie tym osobom powołania do samotności. One wyraźnie czują się powołane do małżeństwa, rodzicielstwa i co najważniejsze, są do tego w pełni zdolne, przygotowane - a jednak doświadczają krzyża swoistej samotności. Napisałam - swoistej - ponieważ, w pewnym sensie, nie są to osoby samotne. Prowadzą w pełni atrakcyjne życie; owszem wracają do pustego mieszkania, ale mają szerokie grono znajomych i wiernych, oddanych przyjaciół. Można to samo zdanie napisać inaczej: Prowadzą w pełni atrakcyjne życie; ale wracają do pustego mieszkania, choć mają szerokie grono znajomych i wiernych, oddanych przyjaciół. Są to osoby nieżonate, niezamężne, ale nade wszystko osoby - a nie single. Mają z kim dzielić swoje radości i smutki, oczekiwania, spełnienia i niespełnienia. Dźwigają swój krzyż samotności z elegancją! Niemniej nadal jest to krzyż i tajemnica.

     Mam własną teorię na ten temat, zaznaczam jednak, że jest to teoria absolutnie prywatna. Wydaje mi się, że dramat aborcji zbiera tu swoje żniwo. Ci ludzie byli, ale ich nie ma! Jeśli jest jakaś prawda w tzw. połówkach pomarańczy, to również z powyższej przyczyny można rozminąć się z tym jedynym, z tą jedyną. Może? Nie wiem. Wiem jednak, że taka samotność to tajemnica, bo trudno określić jej przyczynę. Mogę jedynie zaprezentować jedną z moich przyjaciółek, która, choć długo to trwało, w tzw. słusznym wieku wyszła za mąż za cudownego człowieka i jeszcze zdążyli dochować się trójki dzieci!

     Samotność, a raczej życie bez ograniczeń wynikających z relacji, stało się modne w tzw. nowoczesnym społeczeństwie. Dwie pensje, zero zobowiązań, zero dzieci! Związek trwa tyle czasu, ile satysfakcja, poczucie zaspokajania własnych potrzeb. Nie chodzi nawet o zamieszkanie razem. Swoista moda na działania zastępcze: brak relacji z rodziną, rzucanie się w wir pracy, robienie kariery, używki, seks bez zobowiązań i spędzanie wielu nocnych godzin w pubie, w licznym gronie kumpli obojga płci... Bardzo smutny obraz, ale wielu młodych ludzi złapało się w te sidła - osamotnienia (sic!). "Budzą się" pewnego dnia i stwierdzają, że ich luksusowe mieszkanie w centrum miasta jest żałośnie puste, a oni sami, choć znają wielu "wielkich" ludzi, nie znają samych siebie, bo przez nikogo nie zostali poznani. A przecież poznanie rodzi ukochanie...

     Mówiąc o samotności, tak naprawdę mówimy o ludzkich relacjach. "Ach, jak łaknie człowiek uczucia, jakże ludzie łakną bliskości" (Karol Wojtyła, Przed sklepem jubilera). Samotność i rodzące ją rozliczne problemy w budowaniu dobrych, satysfakcjonujących relacji, które trwają i nie kończą się rozstaniem czy porzuceniem, towarzyszy życiu każdego człowieka. Jest doświadczeniem całej ludzkości, w każdym czasie i na każdej szerokości geograficznej. Trzeba więc ją w jakiś sposób uczynić swoją.

     "Człowiek nie może żyć bez miłości. Człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, jego życie jest pozbawione sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość, jeśli nie spotka się z Miłością, jeśli jej nie dotknie i nie uczyni w jakiś sposób swoją, jeśli nie znajdzie w niej żywego uczestnictwa"
Redemptor Hominis 10.

     To bardzo mocne słowa pierwszej encykliki Jana Pawła. Ks. Jan Twardowski tę samą prawdę, ujął w charakterystyczny dla siebie sposób w wierszu pt.: Miłość: "to wszystko psu na budę, bez miłości". Dlatego samotność spotyka się z miłością, dlatego jest wypadkową piękna i trudu budowania ludzkich relacji. W każdym z nas obecne jest pragnienie kochania i bycia kochanym. Pragnienie doświadczenia siebie jako tej jedynej, niezastąpionej, ukochanej przez kogoś osoby. Jest to również tęsknota za ową, niczym niezastępowalną pełnią, siłą życiową, za twórczym rozpędem, które stają się udziałem człowieka, który kocha i jest kochany.

     Świadomie podkreślam - jest kochany! Często zatrzymujemy się tylko na pierwszej części zdania, podkreślając niewątpliwą wartość obdarowywania miłością. I choć z całą pewnością więcej jest szczęścia w dawaniu niż w braniu - to jednak element otrzymywania, umiejętności przyjmowania, bycia obdarowanym jest absolutnie konieczny, aby mogła zaistnieć relacja. Tymi darami są oczywiście: pomoc, zrozumienie, czułe gesty, poznanie siebie nawzajem, akceptacja, możliwość powierzenia siebie, potężna siła życiowa, radość itp., itd. oraz dojrzewanie poprzez wzajemne słabości i zranienia. Chociaż to wszystko można zyskać i w przyjaźni, i w uczciwej wspólnocie, to jednak nic nie równa się sile miłości w sensie zakochania - sile porywów uczuć, erotyzmu i doświadczenia całkowitej, wyjątkowej i wyłącznej przynależności. Nie zdarza się to każdemu (nawet żonatym i zamężnym - niestety). Nie zawsze też ludzie potrafią ochronić ten dar, troszczyć się o niego z całym poświęceniem. Pragnienie, szczególnie uciążliwe w okresie biologicznej młodości (dążenie natury do rodzicielstwa), po latach uspokaja się i pozwala docenić wartość przyjaźni i wielu innych więzów ludzkich. Jednak jeśli ktoś odrzuci twórcze podejście do problemu osobistej samotności, grozi mu stanie się odludkiem, który ogarnięty smutkiem i zajęty rozpamiętywaniem swoich zranień, rozsiewa wokół osłabiającą woń zniechęcenia. Taki człowiek nie przyciąga relacji, lecz ją uśmierca (i to w powijakach).

     W tym miejscu czas zadać sobie kilka osobistych pytań. Jakie są imiona moich samotności? Jakie imiona moich miłości? Odnajduję w nich lęk, czy wytchnienie? Do kogo mi najbliżej, a do kogo najdalej? Komu, a może czemu się oddaję?

     Do tej pory krążyliśmy wokół negatywnego aspektu samotności (bo tak nam się najczęściej ona jawi). Nie wolno nam jednak pominąć jasnej strony tego na wskroś ludzkiego doświadczenia. Samotność odczuwana jako dar. Czasem, a może raczej często, trzeba o tę przestrzeń twórczej, odnawiającej samotności powalczyć w naszym zabieganym życiu. Czy warto? Max Jakob, w swoim wierszu zatytułowanym Człowiek jest samotny, napisał:

Ach! Chciałbym należycie zająć się swą własną osobą,
w mojej nędznej budzie, w mej żarliwej kruchcie.
gdybym więcej przebywał w swej celi, sam z sobą,
Bóg dzieliłby się ze mną bardziej swą Boską Osobą

     Zawarta jest tu bardzo istotna prawda, będąca doświadczeniem tych z nas, którzy zdecydowali się na miłość (jakiekolwiek przybiera ona imię). Spotkanie bowiem, w całym wymiarze obdarowania, daje doświadczenie szczęścia, ale i odsłania bolesne poczucie niedosytu, niedopełnienia... i dlatego wyprowadza nas ku wartościom, ku wartości najwyższej, ku Absolutowi, ku Bogu! Wie o tym każdy, kto mocno i serdecznie kocha drugiego człowieka, a jednak odkrywa w sobie tęsknotę, dotkliwe pragnienie spotkania z Osobą, która nosi imię Miłości. W ostatnich słowach swojego wspomnienia o zmarłej żonie C. S. Lewis napisał: "Ona powiedziała - nie do mnie, do księdza: «Jestem pojednana z Bogiem!» I uśmiechnęła się, lecz nie do mnie". I właśnie to pragnienie odnajdujemy w najgłębszych zakamarkach naszego jestestwa, w najświętszej samotności naszej duszy, bo przecież "Niespokojne jest serce ludzkie, dopóki nie spocznie w Bogu" (św. Augustyn).


Krystyna Aleksandra Dudzis


Tekst pochodzi z pisma
Ruchu Światło-Życie "Wieczernik" nr 150



Być samemu nie znaczy być samotnym Być samemu nie znaczy być samotnym
Wunibald Müller
W swoich rozważaniach autor zaprzecza obiegowym sądom na temat bycia samemu i bycia samotnym. Wskazuje na pozytywne aspekty samotnego zmagania się z codziennością i udowadnia, że właśnie wtedy, gdy pozostajemy sami, mamy możliwość poznania samego siebie i zobaczenia prawdziwej wartości życia... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 obserwatorka życia: 18.11.2016, 21:23
 miłość może dać tylko Bóg,czuj się kochana przez Boga a będziesz miała serce szczęśliwe.pełno wokół mnie ludzi żyjących w małżeństwach i wiecie co...oni są bardzo nieszczęśliwi,nieszczęśliwi ze sobą po prostu. nam się tylko wydaje że to tak super fajnie a czasem rzeczywistośc bywa bolesna.
 mimo wszystko idealistka: 03.04.2014, 13:09
 Ja też byłam z kimś przez lata, kto miał żonę i dzieci, traf chciał, że mimo iż lekarze mówili mi, że jestem bezpłodna urodziłam. On stwierdził, że się przeprowadzi. Do momentu, gdy nie było wiadomo, czy dziecko będzie miało porażenie mózgowe i będzie niepełnosprawne miał szereg problemów i nie mieszkał z nami, jak się wyjaśniło, że wszystko będzie ok, zamieszkał z nami, zostawił tamtą rodzinę. Nie było to małżeństwo sakramentalne, ponoć jeszcze przed tą drugą żoną była bardzo krótko pierwsza. Nie naciskałam. Po trzech latach dowiedziałam się, że nie ma zamiaru niczego zmieniać, ani się nie rozwiódł, nie przeprowadził unieważnienia tamtego małżeństwa, nie miał zamiaru niczego uregulować... zaczął mnie zdradzać... Przeżyłam tragedie swoich bliskich: rak mamy, śmierć brata i ojca. To dało mi KOPA w twarz. Zrozumiałam, że po prostu zadałam się łajdakiem, który robił tylko to co mu było wygodnie. Tkwiłam w grzechu... teraz jestem samotną matką może to i grzech, że nie potrafię się otworzyć na innych, nawet nie chcę mieć męża... nie szukam, po prostu boję się, że będę musiała zbyt wiele zmienić poświęcić (w tym skomplikują się moje relacje z córką).
 klementynka: 01.08.2010, 21:45
 bvn Pomogą , ale w jakim sensie?
 bvn: 13.07.2010, 14:43
 znam modlitwy które wam pomogą, podać?
 Anna: 29.10.2009, 00:39
 Zgadzam się z Dorką: Powiedzmy NIE żonatym! NIC nie zyskacie poprzez związek z żonatym mężczyzną, a wiele stracicie! Niezależnie od tego, co taki mężczyzna mówi, on w całości należy do żony, jest z nią j e d n y m c i a ł e m. A kiedy ktoś rozcina jedno ciało - leci krew! Rozumiecie to? Oni są związani przysięgą i sakramentem - i nic tego nie zmieni. On nie ma prawa rozgrzeszyć z tego ani siebie, ani Was. Zresztą - czy chciałybyście, aby Wasi mężowie po cichu zdradzali Was z kimś innym? Poza tym - nawet jeśli pominiemy kwestie moralne - on i tak Z NIĄ mieszka, JEJ przynosi pensje, z NIĄ ma dzieci, z NIĄ spędza urlop. Nie łudźcie się - będziecie tylko maskotką w jego rękach. Wiem, bo sama borykam się z tym problemem, ale na szczęście daję radę, choć jest trudno. On jest piękny jak marzenie i bardzo uwodzicielski. Nigdy przedtem kogoś takiego nie spotkałam. Nie wiem, dlaczego mnie to spotkało, ale wiem jedno - bliskość z nim to nieszczęście. Dla mnie, dla niego, dla żony. Poza tym - nie żałujcie, że byłyście takie "grzeczne". Spójrzcie na historię Zachariasza i Elżbiety - późniejszych rodziców Jana Chrzciciela. Oboje byli "podeszli w latach" jak mówi Ewangelia i "postępowali nienagannie", a Bóg przez długie lata odmawiał im potomstwa. W tamtych czasach to była hańba. Pomyślcie, jak musieli się czuć. Może też żałowali, że byli tacy "grzeczni"? Ale kiedy już Bóg dał im syna, to takiego, o którym sam Jezus powiedział, że "nie było większego". Muszę jeszcze z przykrością dodać, że rozdrażnił mnie powyższy artykuł. Mam już naprawdę dość porad w stylu "uśmiechnij się do świata, a świat uśmiechnie się do ciebie". Nie zawsze tak jest, że życzliwość, otwartość, gotowość pomocy i wysłuchiwania wszystkich sprawia, że jesteśmy otoczeni ludźmi i nie czujemy się samotni. Czasem jest wręcz odwrotnie. Sama tego doświadczyłam - swego czasu bardzo mocno "inwestowałam" w relacje, pomagałam, wysłuchiwałam, zamartwiałam się, byłam gotowa na każde skinienie, na każde wezwanie, a nawet bez wezwania. Przyszedł moment, że to wszystko runęło, posypało się jak domek z kart. Niewiele zostało, bardzo niewiele.
 Dorka: 30.06.2009, 14:44
 Dziewczyny! Co Wy wypisujecie?Jak można żyć w takim kłamstwie? I co, bedziecie szczęśliwsze żyjąc bez zasad. Ja też jestem samotna,ale nigdy nie związałabym się z żonatym,czy rozwiedzionym mężczyzną...
 do "już nie idealistki": 31.05.2009, 18:19
 Z wyrzutami sumienia daj sobie spokój. Ja się tym w ogóle już nie przejmuję. Też mam prawo do szczęścia. Chciałam normalnie, porządnie, po "bożemu", ale Jego decyzja była inna, zatem ja podjęłam swoją, również inną. Podstawa, to nie angażować się za bardzo uczuciowo. A jego żoną się nie przejmuj, ona już miała swoje pięć minut.
 też juz nie idealistka: 28.03.2009, 08:27
 Tak wyszło ,że tez stałam sie nazwijmy to ładnie ścieżyną boczną dla kogoś, bo czekanie stało się zbyt długie.Jak to w życiu chwile sa piękne ale potem pozostaje żal, tęsknota, jeden wielki wyrzut sumienia. I wiem ,ze nic nie wiem :ani czekać juz nie warto ani grzeszyć.
 Anna: 29.08.2008, 20:53
 Jestem samotna nie z własnego wyboru, odkąd pamiętam zawsze byłam sama, a tak bardzo chciałam mieć prawdziwych przyjaciół, pózniej jak dorosłąm prawdziwą miłość,serce mi ściska, gdy widzę rodziny spacerujące razem, idące razem do Kościoła, czy nawet po zakupy.Ale zawsze ufałam Bogu, płakałam, ale ufałam. Zostałam sama z rodzicami, tato zaczął chorować, pózniej już obłożnie chory nie wstawał z łóżka, cały czas się nim opiekowałam, nie chciałam go oddać do szpitala, pragnęłam, aby miał godną śmierć wśród bliskich, mama nie mogła mi pomóc tak jak bym tego chciała bo z ledwością porusza się o kuli, ja w tym czasie złamałam rękę, myślałam" teraz to już sobie nie poradzę", ale z pomocą Bożą poradziłam sobie, tato zmarł w domu wśród bliskich, zostałam sama z mamą, nie wiem co będzie dalej, nie jestem zabiedzonym kopciuszkiem, ale ładną i pełną temperamentu kobietą, ufam Bogu i nieustannie wołam do Niego dał mi dobrego męża.
 klementynka: 16.03.2008, 09:41
 Masz rację,ja też jestem rozczarowana, rozgoryczona,też mi jest bardzo ciężko i bardzo smutno.A może nasz ból i nasze nieszczęście sprawia komuś radość??????? Co myśmy takiego zrobiły?Albo czego nie zrobiłyśmy?Pewnie, jestem słaba , upadam, grzeszę , ale żeby aż tak .................ze nawet nie zasługuje na odrobinkę szczęścia tu na ziemi?
 znowu ja: 16.03.2008, 01:18
 Klementynko, wiesz co jest najgorsze? Poczucie, że zostałaś oszukana, zrobiona w konia. Nie wiem, czy Ty też tak masz? Naprawdę znosiłam w życiu wiele upokorzeń i robiłam to z cierpliwością i wiarą, że kiedyś przecież będzie mi to wynagrodzone. Strasznie naiwna byłam. Jeden wielki zawód. To strasznie boli.
 klementynka: 15.03.2008, 23:02
 Ja tez żałuję, bardzo, bardzo żałuję , że tez byłam grzeczna i bardzo porządna.Chyba nigdy nie zrozumiem tego wszystkiego.
 to ja do klementynki: 15.03.2008, 21:36
 Nie potrafię Ci odpowiedzieć dlaczego jej nie doświadczasz. Nie potrafię odpowiedzieć również dlaczego ja nie mogłam jej doświadczyć przez całe moje życie. I tylko niech mi nikt nie wciska tekstów "Bóg wie, co jest dla Ciebie najlepsze", bo kiedyś nie wytrzymam. Nie wiem, czy powinnaś mnie naśladować, czy nie, ja nie mogę Cię do niczego namawiać, sama musisz zdecydować. Ja zdecydowałam. Chcę w końcu zacząć żyć! Mam dość życia jak zakonnica, czy pustelnica. Całe życie byłam porządna i grzeczna i co z tego mam? Wielkie NIC! Żałuję tylko jednego, że nie doszłam do takiego wniosku przynajmniej 5 lat temu. Teraz muszę żyć na przyspieszonych obrotach, bo szkoda mi już czasu.
 klementynka: 13.03.2008, 21:36
 Do zawiedzionej idealistki;Skoro zasłużyłam to dlaczego jej nie doświadczam?????????Zastanawiam sie, czy nie powinnam zacząć Ciebie naśladować, żeby choć przez chwilkę zaznać ciepła i bliskości, tak bardzo mi jej potrzeba.....
 zawiedziona idealistka: 12.03.2008, 21:22
 Klementynko, zasłużyłaś na miłość, na czułość, na poczucie bliskości i intymności z mężczyzną. Każdy człowiek zasługuje na miłość. Ja wiem, że w moim przypadku tego miłością nazwać nie można, ale przynajmniej jestem dla kogoś ważna, ktoś o mnie myśli i tęskni za mną. To nie ma "przyszłości", bo on jest żonaty a ja nie mam zamiaru rozbijać jego rodziny, ale przynajmniej przez krótką chwilę czuję się szczęśliwa. Gdyby mój los zależał ode mnie, to miałabym męża i dzieci i ten mąż byłby jedynym mężczyzną w moim życiu, ale jest inaczej i mam nadzieję, że Bóg ma świadomość, że to On popchnął mnie do tego. Strasznie się na Nim zawiodłam. Pozdrawiam.
 klementynka: 09.03.2008, 09:57
  DO zawiedzionej idealistki:Wiesz, zmądrzeć zmądrzałam, ale ja chyba nie mam tyle odwagi, żeby żyć tak jak TY sie odważyłaś.A tak bardzo potrzebuję, żeby ktoś mnie czasami przytulił.....Dlaczego nie zasłużyłam....?
 zawiedziona idealistka do klem: 08.03.2008, 00:09
 Fajnie, że ktoś mnie rozumie. Wiesz, ja realizuję w życiu to co napisałam wcześniej. I jest mi z tym dobrze. Pewnie kiedyś będę cierpieć, ale co przeżyję to moje. Masz rację, ja tez za późno zmądrzałam. Całe życie byłam porządną, grzeczną panienką. Teraz z tym skończyłam. Korzystam z życia. Wielki czas.
 klementynka: 01.03.2008, 19:38
 do zawiedzionej idealistki.:masz rację, ja Cię doskonale rozumiem, myślę tak samo; szkoda tylko ze tak późno zmądrzałam
 terrom: 11.08.2007, 18:30
 do: Weronika, jak spędzasz czas, czy chcesz w coś fajnego zaangażować się? Szczęść Boże. terrom@o2.pl
 zawiedziona idealistka: 01.07.2007, 16:08
 Wreszcie ktoś napisał coś z sensem. Jestem po 30-stce, samotna nie z własnego wyboru, atrakcyjna, wykształcona. Nie potrafię się pogodzić z tym, że Bóg rozłącza mnie z każdym mężczyzną, który w jakiś sposób mnie zainteresuje (za to stawia na mojej drodze niedorajdy życiowe, które liczą na to, że ich przez całe życie będę prowadzić za rączkę). Ale już do furii doprowadza mnie wmawianie mi, że powinnam się "otworzyć" albo "udzielać społecznie" "zaangażować w sprawy innych ludzi" "pomagać małżeństwom, które mają problemy takie czy inne"! Powiem krótko: mam to w nosie! Mam gdzieś czyjeś problemy! Nie mam zamiaru robić za pierwszą naiwną, którą się wykorzysta jak jest potrzebna a potem można ją wystawić za drzwi, bo przeszkadza w małżeńskiej sielance! Moimi problemami też nikt się nie przejmuje, więc niech każdy żyje na własny rachunek. Ja osobiście od tej pory zamierzam czerpać z życia pełnymi garściami i nie oglądać się na innych. Będę robić to, na co mam ochotę. Jak będę miała ochotę poromansować z żonatym facetem, to zrobię to z satysfakcją! Tak, właśnie tak zamierzam! Nie wiem, czy będę szczęśliwsza, ale na pewno nie będę bardziej nieszczęśliwa niż teraz. Chciałam żyć "po bożemu", długo wierzyłam w to, że Bóg postawi na mojej drodze mężczyznę mojego życia, z którym założę szczęśliwą rodzinę, ale koniec z tym. Koniec z głupotami i naiwnością. Jak nie, to nie. Od teraz zamierzam korzystać z życia i nie oglądać się na nikogo. Zamierzam być EGOISTKĄ!
 
(1) [2]


Autor

Treść




[ Powrót ]
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej