Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

O samotności niewybieranej

     Samotność prędzej czy później dopada każdego. Jest najbardziej podstawowym doświadczeniem człowieka i niezbędnym składnikiem ludzkiego życia. Samotny czuł się nawet pierwszy mężczyzna w raju mimo intymnej więzi z Bogiem i życia w niezakłóconej harmonii z naturą.

     Sposób, w jaki Stwórca rozwiązał ten problem, nigdy nie przestanie mnie zachwycać. Na swój obraz i podobieństwo powołał do życia dwie odmienne, uzupełniające się istoty ludzkie. Z ich miłości rodzi się nowy człowiek. Gdyby nie istniały żadne inne źródła poznania Boga, to sama kontemplacja tego zamysłu mogłaby nie tylko naprowadzić na myśl o Jego istnieniu, lecz także powiedzieć bardzo wiele o Jego naturze.

     Jak odległą pamięć raju wszyscy nosimy w sercu marzenie o pięknej miłości. Małżonkowie mają okazję skonfrontować je z rzeczywistością, co bywa bolesne, ludzie samotni na ogół zachowują ten rajski obraz niezakłócony do końca swych dni. Być może również dlatego brak intymnej więzi miłości z innym człowiekiem jest dla nich tak dojmujący. Wnikliwie opisał ten stan Paul Tillich:

     Nadzieja tęskniąca za inną pozostaje niespełniona. Wspólnota miłości (...) nie pojawia się wcale. Takie osamotnienie zrywa nasze więzy ze światem. Jesteśmy rzeczywiście ostatecznie samotni i ani miłość przychodząca do nas z różnych kierunków, ani moc naszej własnej miłości, nie mogą uwolnić nas od tego brzemienia 1

     Brzemię życia w samotności jest tym cięższe, że zwykle dotyka ludzi, którzy w dorosłość wchodzą poranieni albo niedoinwestowani emocjonalnie. Paradoksalnie, im głębszy deficyt miłości, tym intensywniejsze pragnienie, a tym mniejsza szansa doświadczenia jej w relacji z innym człowiekiem i większe prawdopodobieństwo kolejnego odrzucenia. Być może sam instynkt samozachowawczy blokuje przeradzanie pojawiających się znajomości w poważne relacje z obawy przed powtórzeniem traumatycznych doświadczeń dzieciństwa i wczesnej młodości. Intensywnej tęsknocie za miłością towarzyszy zwykle nieświadomy, paraliżujący lęk przed bliskim związkiem. Jakkolwiek by go nazwać, nie sposób wyłączyć tego mechanizmu, gdyż działa w głębokich warstwach świadomości, całkowicie odpornych na decyzje woli. Jaka jest skuteczność psychoterapii, wie każdy, kto jej próbował.

     Opłakać swoje marzenia

     Człowiek samotny musi więc patrzeć bezradnie, jak pojawiający się w jego życiu ludzie odchodzą urażeni albo zniecierpliwieni, zanim cokolwiek ma szansę się wydarzyć, podobnie jak biblijna Sara, córka Raguela z Księgi Tobiasza, która siedmiokrotnie była świadkiem śmierci poślubionego sobie mężczyzny w małżeńskim łożu, zanim naprawdę ktoś stał się jej mężem. Zazdrosny duch Asmodeusz czekał cierpliwie do nocy poślubnej, aby zabić każdego, kto próbował się do niej zbliżyć. Rodzice Sary nauczyli się z czasem, że po uczcie weselnej należy jak najszybciej wykopać grób. Łatwo domyślić się uczuć, z jakimi ona sama oczekiwała tego, co ma się zdarzyć - za każdym razem nadzieja, że może tym razem się uda, walcząca z lękiem, że historia się powtórzy, i w końcu bolesne potwierdzenie tej obawy. Myślę, że ta smutna droga znana jest bardzo dobrze wielu samotnym ludziom, nawet jeżeli ich własny "demon" okazał się ostrożniejszy i mordował relacje na o wiele wcześniejszym etapie. W którymś momencie człowiek zaczyna nienawidzić zwodniczej nadziei, która prowadzi jedynie ku większemu cierpieniu. Może to znak, że czas opłakać swoje marzenia o miłości, jak zrobiła to córka Jeftego z Księgi Sędziów.

     W zamian za zwycięstwo nad Ammonitami Jefte ślubował złożyć na ofiarę całopalną tego, kto pierwszy wyjdzie go powitać. Pan wysłuchał jego modlitwy, toteż kiedy jedyne dziecko wodza, ukochana córka, wyszła mu na spotkanie, tańcząc przy dźwiękach bębenków, ten rozdarł szaty. Dziewczyna, dowiedziawszy się od zrozpaczonego ojca o pochopnie uczynionym ślubie, poprosiła tylko, aby mogła przed śmiercią udać się w góry opłakać swoje dziewictwo, tzn. fakt, że zabierze je do grobu. Musiała opłakać wszystko, co nigdy nie stanie się jej udziałem - mężczyznę, którego mogłaby kochać, dzieci, które mogłaby mu urodzić - aby spokojnie przyjąć los zgotowany jej przez ojca.

     Podobny proces musi dokonać się w sercu każdego człowieka, zanim przyjmie samotność, której sobie nie wybrał. Zazwyczaj jest bardziej rozciągnięty w czasie niż dwumiesięczne odosobnienie córki Jeftego, jego istota jednak pozostaje ta sama.

     Biblijna bohaterka nie wstydzi się swoich marzeń o zwykłym ludzkim szczęściu ani smutku, że musi się z nimi rozstać. Myślę, że jej ujmująca prostota jest cenną wskazówką. Umniejszanie, trywializowanie czy marginalizowanie pragnienia miłości lub bólu z powodu jego niezaspokojenia jest drogą prowadzącą na manowce. Przez samooszukiwanie nie zyskujemy nic, tracimy natomiast wszystko - zakłamujemy naszą relację z Bogiem i sobą samym. Zgodzę się, że absolutna szczerość wobec innych ludzi bywa ryzykowna, jednak wobec siebie i Boga to jedyna możliwa postawa. Prawda wyzwala, nie musimy więc przed Bogiem cenzurować swoich pragnień czy uczuć. Nawet jeśli nigdy nie wysłuchuje naszych modlitw, to jednak używa ich, aby nas prowadzić (najprawdopodobniej ku sobie). Biblia pełna jest "politycznie niepoprawnych" modlitw, które poruszają serce Boga.

     Już siedmiu mężów straciłam na cóż miałabym żyć dłużej? A jeśli nie podoba Ci się odebrać mi życia, to wysłuchaj, Panie, jak mi ubliżają (Tb 3,15)

     - modli się zrozpaczona Sara.

     Niech będzie przeklęty dzień, w którym się urodziłem (...) Niech będzie przeklęty człowiek, który powiadomił ojca mojego Narodził ci się syn, chłopiec, Sprawiając mu wielką radość (Jr 20,14.15)

     - woła Jeremiasz w swoim utrapieniu.

     Panie zabierz duszę moją ode mnie, albowiem lepsza dla mnie śmierć niż życie (Jon 4,3)

     - mówi do Boga Jonasz oburzony ocaleniem Niniwy.

     Szczere opłakanie pragnienia miłości uwalnia od fiksacji z powodu tego, czego nie mamy, i pozwala dostrzec inne, dostępne nam dobra.

     Nie ma prostych recept

     W przeciwieństwie bowiem do córki Jeftego, która ze swojego górskiego odosobnienia szła prosto w ramiona śmierci i nie musiała się o nic więcej martwić, człowiek samotny musi dalej żyć. Ważne jest, żeby dobrze odczytać, czemu ma służyć ta samotność w każdym indywidualnym przypadku. Nie ma prostych recept i może właśnie dlatego wielu z nas na pewnym etapie życia szuka "kogoś mądrego, kto wie lepiej". Nawet jeśli nikogo takiego nie znajdujemy - tak bywa najczęściej - to samo poszukiwanie ma swoją wartość. Trzeba jednak pamiętać o daleko posuniętej ostrożności, co i od kogo przyjmujemy. Świetnym probierzem wydają mi się słowa Sługi Bożego Jana Pawła II "nie przyjmujcie za miłość niczego, w czym nie ma prawdy, ani za prawdę niczego, w czym nie ma miłości". Na ogół łatwo ustalić, czy skierowane do nas słowa wynikają z prawdziwej ludzkiej życzliwości i szacunku wobec tajemnicy naszego losu, czy też podyktowane są niechęcią, irytacją, zniecierpliwieniem czy też przekonaniem, że musimy być gorsi, skoro szukamy pomocy.

     Samotność, która nie wynika z wyboru, sprawia kłopot teologom i księżom. Słabo komponuje się z nauką, według której Bóg powołuje człowieka do kapłaństwa, życia konsekrowanego lub małżeństwa, a ten, w swojej wolności, może pójść za tym wezwaniem lub nie. Samotność to zupełnie inny rodzaj "powołania". Jest zadana wbrew woli i bez zgody człowieka. Jego wolność sprowadza się w tym wypadku do wyboru między buntem a akceptacją nieuniknionego, z wiarą, że za wszystkim (z traumatycznymi doświadczeniami łącznie) stoi Bóg.

     To Pan daje śmierć i życie wtrąca do Szeolu - i zeń wyprowadza Pan uboży i wzbogaca Poniża i wywyższa (1 Sm 2,6-7).

     Wszystko jest Jego darem, także wzajemna miłość mężczyzny i kobiety. Można ją przyjąć z wdzięcznością, pielęgnować i ochraniać, jeśli została nam dana. Nie sposób jednak wywalczyć, wybłagać czy wymusić, jeśli nie jest naszym udziałem.

     Jeśli Bóg nie wybuduje domu, na próżno trudzą się budujący

     On, w swojej wolności, obdarza łaską, kogo chce, kiedy chce i jak chce.

     Absurdalne więc wydaje mi się obarczanie poczuciem winy za samotność praktykowane przez duchownych zagniewanych na rzeczywistość bardziej złożoną niż nauka o powołaniach wykładana w seminariach. Często w kontakcie z osobą samotną zachowują się, jakby chcieli ją ukarać za samo istnienie i stawianie ich w sytuacji, w której nie wiedzą, co powiedzieć. Przybierają ton największej surowości i wyłajawszy srodze, jako najlepsze rozwiązanie podsuwają nachalnie adopcję dzieci autystycznych. Z całym szacunkiem dla osób, które zdecydowały się na taki krok, pragnę zauważyć, że jest to powołanie ekstremalne wymagające sporego psychicznego nadmiaru. Proponowanie go osobom poranionym lub niedoinwestowanym emocjonalnie przypomina wysyłanie pacjentów oddziału intensywnej terapii na Orlą Perć. Zaryzykowałabym wręcz twierdzenie, że adoptowanie czy wychowywanie kogokolwiek - nawet pominąwszy przeszkody natury prawnofinansowomieszkaniowej - prawie na pewno nie jest ich powołaniem. Wszystkich duchownych udzielających takich rad nawoływałabym do zdrowego rozsądku i większej odpowiedzialności za słowa.

     Ubodzy Pana źle widziani w Kościele

     Bóg chce nas uszczęśliwić swoim powołaniem, a nie ukarać, dlatego pragnienia, jakie umieścił w naszych sercach, będą zdecydowanie lepszym przewodnikiem niż zniecierpliwiony ksiądz. Każdy, kto bezskutecznie szuka mądrego, najpewniej osiągnie swój cel, sam stając się mądry. Samotność bardzo sprzyja poszukiwaniu mądrości, podobnie jak wszelkiej pracy twórczej, naukowej czy drodze duchowej. Dobrze wykorzystana staje się słodkim jarzmem i lekkim brzemieniem. Doświadczam tego zwykle przed świętami, kiedy wszyscy studenci wynajmujący sąsiednie mieszkania (w plombie z lokalami do wynajęcia, w której mieszkam) wyjeżdżają do domu. Świadomość, że w całym pięciopiętrowym budynku, oprócz mnie, nie ma żywej duszy, napełnia mnie głębokim poczuciem bezpieczeństwa, którego tak bardzo zwykle mi brak. Tej cudnej, słodkiej ciszy mogłabym słuchać przez całą wieczność. Myśl, że oto należę do anawim Jahwe, ubogich Pana - nie mam nic i nikogo - nie przeraża mnie, przeciwnie - przynosi pokój. Nigdy nie starałam się o ten zaszczyt, a nawet zrobiłam wszystko, żeby go uniknąć. W takich błogosławionych chwilach jednak nie zamieniłabym się z nikim na świecie na mój los.

     O ile samotność samą w sobie można zaakceptować, polubić, a nawet pokochać, to stosunek innych ludzi do dotkniętych nią bliźnich bywa krzyżem ponad siły. Sara z Księgi Tobiasza postanowiła się powiesić nie z powodu samotnie spędzanych nocy, tylko upokorzona słowami służącej ośmielającej się znieważać córkę swego pana w jego domu. Przyznam, że jej modlitwa ("A jeśli nie podoba Ci się odebrać mi życia, to wysłuchaj, Panie, jak mi ubliżają") jest mi bardzo bliska.

     Myślę, że nikogo nie szokuje odrzucenie osób pozbawionych znaczenia, władzy, wpływów i pieniędzy przez świat. Niczego innego raczej nie oczekujemy. Znacznie bardziej bolesne jest, gdy ubodzy Pana stają się źle widziani w Kościele. Samotne kobiety traktowane są ze szczególną podejrzliwością jako potencjalnie niebezpieczne dla czystości kapłanów i trwałości związków małżeńskich. Owo hipotetyczne zagrożenie nie pozwala dostrzec w nich istot ludzkich potrzebujących wsparcia (bardziej niż rodziny katolickie) ani docenić talentów, którymi mogłyby wzbogacić wspólnotę.

     Bóg cię kocha, ale my cię tu nie potrzebujemy

     Odrzucanie wszystkich źle się mających - chorych, starych, niepełnosprawnych, pechowców, samotnych - jest atawizmem wywodzącym się z czasów pogańskich. Otwarcie wyznawane wtedy przekonanie, że nieszczęściem - niełaską bogów - można się zarazić jak chorobą, funkcjonuje nadal wśród ludzi ochrzczonych. Świadczy o tym wyraźnie bardzo wybiórczy charakter wielu wspólnot działających w Kościele. Nie neguję potrzeby istnienia grup towarzyskich, jednak opatrywanie ich etykietką "chrześcijańskie", "katolickie" lub "duszpasterstwa" wydaje mi się poważnym nadużyciem. Wykluczanie ubogich Pana - czyli ludzi, z którymi Jezus najbardziej się utożsamiał (cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili") - albo sprowadzanie ich wyłącznie do obiektów cudzej dobroczynności, na pewno nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem ani tym bardziej z katolicyzmem. Stosunek do tajemnicy cierpienia jest tym, co odróżnia chrześcijaństwo od innych tradycji duchowych. Osiem błogosławieństw stawia na głowie porządek tego świata. Właśnie dowartościowanie doświadczeń, których za wszelką cenę próbujemy uniknąć, przekonało mnie, że nauka Chrystusa nie może być ludzkim wymysłem. Przyjęcie czegoś tak radykalnego jednoczy o wiele skuteczniej niż podobna sytuacja rodzinna, poziom wykształcenia, pozycja społeczna czy ekonomiczna. Regularnie praktykowana modlitwa natomiast otwiera na rzeczywistość i uwalnia od nawyku sądzenia po pozorach. Myślę, że jest też doskonałym lekarstwem dla mężczyzn, którzy w swoim patrzeniu na kobiety nie potrafią uwolnić się od perspektywy podbrzusza i postrzegają je wyłącznie jako obiekty seksualne - pożądane lub zakazane. Jeżeli słowa Chrystusa "cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili" obejmują również siostry, to każdy, kto sprowadza wzrokiem kobietę do narządów płciowych w mniej lub bardziej efektownym opakowaniu lub traktuje jak zabronioną w poście kiełbasę, a nie postrzega jej jak człowieka, dopuszcza się świętokradztwa. Uroda kobiety nie jest propozycją seksualną ani poważną wadą charakteru, tylko odblaskiem piękna samego Boga i Jego darem. Nie zagraża trwałości małżeństw ani czystości kapłanów - o ile chcą w niej wytrwać - i nie powinna być powodem odrzucenia. Odrzucenie nie staje się bardziej chrześcijańskie przez to, że towarzyszą mu słowa "Bóg cię kocha". Najczęściej słyszałam takie zapewnienie w kontekście "Bóg cię kocha, ale ja nie chcę mieć z tobą nic do czynienia" albo "Bóg cię kocha, ale my cię tu nie potrzebujemy". Myślę, że tak ważne słowa, jak "Bóg" i "kochać", zasługują na lepsze traktowanie. Język polski dysponuje oszałamiającym bogactwem zwrotów służących do spławienia niepożądanych osób.

     Na szczęście istnieją gdzieniegdzie wspólnoty otwarte na ludzi we wszystkich możliwych sytuacjach życiowych. Sama znam osoby samotne, które odnalazły się w Neokatechumenacie albo Odnowie w Duchu Św. Swoje własne niepowodzenie w tym względzie odczytałam jako dojrzewające powołanie pustelnicze.

     Spotkać archanioła Rafała

     Historia Sary, córki Raguela, kończy się happy endem. Jej ósmy mąż, Tobiasz, pouczony przez towarzyszącego mu w podróży archanioła Rafała, za pomocą wątroby i serca wielkiej ryby z rzeki Tygrys wygania demona Asmodeusza aż do Górnego Egiptu. Rodzice Sary, którzy nad ranem przychodzą zabrać trupa do świeżo wykopanego grobu, nie śmią uwierzyć własnym oczom na widok młodych małżonków pogrążonych w spokojnym śnie.

     Pozostaje mi tylko życzyć wszystkim, których samotność jest rezultatem głębokich zranień, spotkania na swej drodze archanioła Rafała albo kogoś przez niego tak dokładnie pouczonego. Na szczęście nie znamy końca własnej historii. Czarny pesymizm jest takim samym skrzywieniem percepcji, jak naiwny optymizm.

     Na koniec chciałabym podzielić się ze wszystkim siostrami i braćmi w doświadczeniu radą, której sama sobie udzielam zainspirowana słowami św. Katarzyny ze Sieny. Jeśli pod ciężarem swojego krzyża nie możesz iść wyprostowana, to posuwaj się na kolanach. Nie wstydź się, że znowu leżysz na ziemi. Pełznij. Nawet Chrystus upadał pod krzyżem.

     1 Paul Tillich, Osamotnienie i odosobnienie, "Znak" 4 (431) 1991, s. 6.


Aldona Szarypo


Źródło: W drodze Nr 12 (412) 2007
http://www.mateusz.pl/wdrodze/nr412/04.htm


Aldona Szarypo ur. 1965, odbyła studia magisterskie z historii sztuki na KULu
oraz podyplomowe na wrocławskiej ASP, pracowała jako lektorka języka angielskiego,
tłumaczka, bibliotekarka, sekretarka, ma za sobą dwie indywidualne wystawy obrazów,
które tworzy techniką collage'u polegającą na naprasowywaniu tkaniny na płótno, mieszka we Wrocławiu.



Wasze komentarze:
 M: 04.04.2015, 14:43
 I mnie dokucza samotność. Modlę się,żeby Bóg wziął ze mnie krzyż samotności
 wiki: 12.02.2015, 08:23
 Wiecie co zależy na jakich księży traficie. Są tacy co się dziwią,że ktoś jest sam. Tylko właśnie dlaczego? Podobno mamy różne powołania w Kościele.Nie tylko kapłaństwo i małżeństwo.
 Ktosia: 03.01.2015, 08:25
 To prawda,że jest to taki wyścig czyje powołanie jest lepsze,kto jest najbardziej spełniony i w ogóle.
 michalina: 23.12.2014, 10:34
 A ja stoję na rozdrożu. Nie wiem czy wyjechać na 3 miesiące za granicę czy zostać i wykorzystać ostatni semestr studiów jako szanse zbudowania związku Po studiach będzie ciężko kogoś poznać, wszyscy się rozjadą, a ja chcę jednocześnie spełnić dwa swoje marzenia: o wyjeździe na erasmusa (samorozwój) i założeniu docelowo rodziny. Boję się samotności. Prosze o modlitwę
 Anonim: 22.12.2014, 08:39
 A może ze strony księży i innych to zazdrość bo taki człowiek jest wolny,może spotykać się z kim nie narażając się na plotki ze strony innych ludzi,a ksiądz musi uważać na swoje relacje,żeby nie być tematem nr 1. Nikomu nic przysięga,dzieci mu nie płaczą do ucha,mąż ,żona nie zrzędzą.
 Weris: 08.12.2014, 18:55
 Do MW: mi tam nie zależy na przyjaźniach z księżmi. Niektórzy się tym chwalą.
 AM: 04.12.2014, 00:34
 zwyly czlowieku, dziele sie z toba twoim cierpieniem zycia w samotnosci, jestem krotko po trzydzietce I mieszkam w miescie, I jestem w podobnej sytuacji jak ty. znajomi sie albo pozenili albo ciezko sie z innymi spotkac bo maja inne sprawy, i czasowo nie pasuje. lata studenckie i bycie czesicia oazy byly super, tam spotykalo sie roznych ludzi, serce bylo kilka razy zranione, i nadal jestem sama, i to bardzo boli, sama zwykla rzecz jak czekanie na kogos w domu, lub ktos na ciebie czeka, jedzenie razem posilkow, pojscie razem do kosciola czy na spacer, i co z tego ze mieszkam w miescie skoro samemu nieciekawie sie wychodzi do roznych miejsc rozrywki itd. takze narazie nie widze nic cudownego w byciu samotnym, wrecz przeciwnie to jest bardzo nie mile. ja potrafie byc sama, ale to do czasu. i jak ciebie zwyly czlowieku tylko praca mnie wybawia i siostrzency ale oni tez maja swoje zycie
 Do MW: 07.10.2014, 09:11
 PS.Ale to też zależy od samego księdza bo są tacy co "wolność" kobiety nie przeszkadza.
 Do MW: 07.10.2014, 09:09
 Można się przyjaźnić ,ale jednak trzeba uważać,że nie przekraczać granicy.


 MW do Mała Mi: 27.09.2014, 13:09
 Chodzi o to że mężatki są nawet bardziej niebezpieczne, bo za fasadą małżeństwa też mogą romansować nawet z księdzem znam taki przypadek. Ludzie jednak nie mieli nic przeciwko częstym wizytom duchownego ponieważ woleli myśleć że to tylko takie przyjacielskie wizyty,a tu proszę. Co do samotnych natychmiast byłyby domysły plotki i podejrzenia bo samotna kobieta nie może mieć przyjaciela księdza.
 Mała MI: 15.09.2014, 09:16
 "To prawda że księża wolą przyjaźnić się z rodzinami, bo jak kobieta samotna to ludzie są podejrzliwi i plotkują. Ciekawe że nie plotkują o mężatkach które też, a może nawet bardziej są niebezpieczne. " Plotkować nie będą bo nie mają powodu bo ona ma męża.
 JA: 14.09.2014, 22:41
 Moje byłe przyjaciółki, wiele z nich żyjących w swoim lub partnera drugim albo trzecim związku, nie chcą się ze mną zadawać z powodu mojej samotności a nie wiedzą ilu żonatych się do mnie cały czas zaleca. Gdybym była jak one to nie byłabym teraz samotna. Nie jestem samotna z wyboru ale nigdy też nie wybierałam niemoralnie. Mogłabym być przyczyną rozbicia rodziny ale nic dobrego by w tym nie było dla mnie. Wszyscy się zawsze dziwili jak ładna dziewczyna między dwudziestym a czterdziestym rokiem życia zawsze mogła żyć samotnie ale nie rozumieją że niektóre wybory nie są dla mnie dopuszczalne. Widzę jak inne na mnie patrzą - albo z podejrzeniem albo ze współczuciem. Ja żadnego z tych nie chcę bo nie zasłużyłam na nie.
 O.: 11.09.2014, 02:14
 Chociaż i o rodzinach mogą gadać ,że się za spoufalają.
 O.: 11.09.2014, 02:08
 MW to też zależy od księdza.
 Kwiat: 10.09.2014, 20:02
 Czasami bywa i tak ,że ludzie sparowani czują się lepsi nawet od księży.
  MW do O: 10.09.2014, 17:10
 To prawda że księża wolą przyjaźnić się z rodzinami, bo jak kobieta samotna to ludzie są podejrzliwi i plotkują. Ciekawe że nie plotkują o mężatkach które też, a może nawet bardziej są niebezpieczne.
 O.: 10.09.2014, 09:03
 Czasami bywa tak,że księża wolą przyjaźnić z rodzinami niż samotnymi zwłaszcza z kobietami bo ludzie obgadują za placami i plotka gotowa.
 Do MW: 10.09.2014, 08:49
 Acha jeszcze jedno doceń to co masz :) bo inni mogą tego nie mieć.
 Do MW: 10.09.2014, 08:46
 Jeszcze mężatki też mogą Ci zazdrościć,że np masz więcej czasu dla siebie i ,że dziecko ci ciągle nie płacze do ucha.
 Do MW: 10.09.2014, 08:40
 PS.Księża też żyją przecież w samotności.
[1] [2] (3) [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10]


Autor

Treść

Nowości

św. Agnieszka z Montepulcianośw. Agnieszka z Montepulciano

Modlitwa do św. Agnieszki z MontepulcianoModlitwa do św. Agnieszki z Montepulciano

Litania do św. Agnieszki z MontepulcianoLitania do św. Agnieszki z Montepulciano

Do La Salette przybywają pielgrzymi z całego świataDo La Salette przybywają pielgrzymi z całego świata

Drugi znak - wielki smok (Ap 12,3-6)Drugi znak - wielki smok (Ap 12,3-6)

Czy apostolskie zalecenie powstrzymywania się od krwi dziś już nie obowiązuje?Czy apostolskie zalecenie powstrzymywania się od krwi dziś już nie obowiązuje?

Najbardziej popularne

Modlitwa o CudModlitwa o Cud

Tajemnica SzczęściaTajemnica Szczęścia

Modlitwy do św. RityModlitwy do św. Rity

Litania do św. JózefaLitania do św. Józefa

Jezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się JezusowiJezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się Jezusowi

Godzina Łaski 2023Godzina Łaski 2023

Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2024 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej