Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

O samotności niewybieranej

     Samotność prędzej czy później dopada każdego. Jest najbardziej podstawowym doświadczeniem człowieka i niezbędnym składnikiem ludzkiego życia. Samotny czuł się nawet pierwszy mężczyzna w raju mimo intymnej więzi z Bogiem i życia w niezakłóconej harmonii z naturą.

     Sposób, w jaki Stwórca rozwiązał ten problem, nigdy nie przestanie mnie zachwycać. Na swój obraz i podobieństwo powołał do życia dwie odmienne, uzupełniające się istoty ludzkie. Z ich miłości rodzi się nowy człowiek. Gdyby nie istniały żadne inne źródła poznania Boga, to sama kontemplacja tego zamysłu mogłaby nie tylko naprowadzić na myśl o Jego istnieniu, lecz także powiedzieć bardzo wiele o Jego naturze.

     Jak odległą pamięć raju wszyscy nosimy w sercu marzenie o pięknej miłości. Małżonkowie mają okazję skonfrontować je z rzeczywistością, co bywa bolesne, ludzie samotni na ogół zachowują ten rajski obraz niezakłócony do końca swych dni. Być może również dlatego brak intymnej więzi miłości z innym człowiekiem jest dla nich tak dojmujący. Wnikliwie opisał ten stan Paul Tillich:

     Nadzieja tęskniąca za inną pozostaje niespełniona. Wspólnota miłości (...) nie pojawia się wcale. Takie osamotnienie zrywa nasze więzy ze światem. Jesteśmy rzeczywiście ostatecznie samotni i ani miłość przychodząca do nas z różnych kierunków, ani moc naszej własnej miłości, nie mogą uwolnić nas od tego brzemienia 1

     Brzemię życia w samotności jest tym cięższe, że zwykle dotyka ludzi, którzy w dorosłość wchodzą poranieni albo niedoinwestowani emocjonalnie. Paradoksalnie, im głębszy deficyt miłości, tym intensywniejsze pragnienie, a tym mniejsza szansa doświadczenia jej w relacji z innym człowiekiem i większe prawdopodobieństwo kolejnego odrzucenia. Być może sam instynkt samozachowawczy blokuje przeradzanie pojawiających się znajomości w poważne relacje z obawy przed powtórzeniem traumatycznych doświadczeń dzieciństwa i wczesnej młodości. Intensywnej tęsknocie za miłością towarzyszy zwykle nieświadomy, paraliżujący lęk przed bliskim związkiem. Jakkolwiek by go nazwać, nie sposób wyłączyć tego mechanizmu, gdyż działa w głębokich warstwach świadomości, całkowicie odpornych na decyzje woli. Jaka jest skuteczność psychoterapii, wie każdy, kto jej próbował.

     Opłakać swoje marzenia

     Człowiek samotny musi więc patrzeć bezradnie, jak pojawiający się w jego życiu ludzie odchodzą urażeni albo zniecierpliwieni, zanim cokolwiek ma szansę się wydarzyć, podobnie jak biblijna Sara, córka Raguela z Księgi Tobiasza, która siedmiokrotnie była świadkiem śmierci poślubionego sobie mężczyzny w małżeńskim łożu, zanim naprawdę ktoś stał się jej mężem. Zazdrosny duch Asmodeusz czekał cierpliwie do nocy poślubnej, aby zabić każdego, kto próbował się do niej zbliżyć. Rodzice Sary nauczyli się z czasem, że po uczcie weselnej należy jak najszybciej wykopać grób. Łatwo domyślić się uczuć, z jakimi ona sama oczekiwała tego, co ma się zdarzyć - za każdym razem nadzieja, że może tym razem się uda, walcząca z lękiem, że historia się powtórzy, i w końcu bolesne potwierdzenie tej obawy. Myślę, że ta smutna droga znana jest bardzo dobrze wielu samotnym ludziom, nawet jeżeli ich własny "demon" okazał się ostrożniejszy i mordował relacje na o wiele wcześniejszym etapie. W którymś momencie człowiek zaczyna nienawidzić zwodniczej nadziei, która prowadzi jedynie ku większemu cierpieniu. Może to znak, że czas opłakać swoje marzenia o miłości, jak zrobiła to córka Jeftego z Księgi Sędziów.

     W zamian za zwycięstwo nad Ammonitami Jefte ślubował złożyć na ofiarę całopalną tego, kto pierwszy wyjdzie go powitać. Pan wysłuchał jego modlitwy, toteż kiedy jedyne dziecko wodza, ukochana córka, wyszła mu na spotkanie, tańcząc przy dźwiękach bębenków, ten rozdarł szaty. Dziewczyna, dowiedziawszy się od zrozpaczonego ojca o pochopnie uczynionym ślubie, poprosiła tylko, aby mogła przed śmiercią udać się w góry opłakać swoje dziewictwo, tzn. fakt, że zabierze je do grobu. Musiała opłakać wszystko, co nigdy nie stanie się jej udziałem - mężczyznę, którego mogłaby kochać, dzieci, które mogłaby mu urodzić - aby spokojnie przyjąć los zgotowany jej przez ojca.

     Podobny proces musi dokonać się w sercu każdego człowieka, zanim przyjmie samotność, której sobie nie wybrał. Zazwyczaj jest bardziej rozciągnięty w czasie niż dwumiesięczne odosobnienie córki Jeftego, jego istota jednak pozostaje ta sama.

     Biblijna bohaterka nie wstydzi się swoich marzeń o zwykłym ludzkim szczęściu ani smutku, że musi się z nimi rozstać. Myślę, że jej ujmująca prostota jest cenną wskazówką. Umniejszanie, trywializowanie czy marginalizowanie pragnienia miłości lub bólu z powodu jego niezaspokojenia jest drogą prowadzącą na manowce. Przez samooszukiwanie nie zyskujemy nic, tracimy natomiast wszystko - zakłamujemy naszą relację z Bogiem i sobą samym. Zgodzę się, że absolutna szczerość wobec innych ludzi bywa ryzykowna, jednak wobec siebie i Boga to jedyna możliwa postawa. Prawda wyzwala, nie musimy więc przed Bogiem cenzurować swoich pragnień czy uczuć. Nawet jeśli nigdy nie wysłuchuje naszych modlitw, to jednak używa ich, aby nas prowadzić (najprawdopodobniej ku sobie). Biblia pełna jest "politycznie niepoprawnych" modlitw, które poruszają serce Boga.

     Już siedmiu mężów straciłam na cóż miałabym żyć dłużej? A jeśli nie podoba Ci się odebrać mi życia, to wysłuchaj, Panie, jak mi ubliżają (Tb 3,15)

     - modli się zrozpaczona Sara.

     Niech będzie przeklęty dzień, w którym się urodziłem (...) Niech będzie przeklęty człowiek, który powiadomił ojca mojego Narodził ci się syn, chłopiec, Sprawiając mu wielką radość (Jr 20,14.15)

     - woła Jeremiasz w swoim utrapieniu.

     Panie zabierz duszę moją ode mnie, albowiem lepsza dla mnie śmierć niż życie (Jon 4,3)

     - mówi do Boga Jonasz oburzony ocaleniem Niniwy.

     Szczere opłakanie pragnienia miłości uwalnia od fiksacji z powodu tego, czego nie mamy, i pozwala dostrzec inne, dostępne nam dobra.

     Nie ma prostych recept

     W przeciwieństwie bowiem do córki Jeftego, która ze swojego górskiego odosobnienia szła prosto w ramiona śmierci i nie musiała się o nic więcej martwić, człowiek samotny musi dalej żyć. Ważne jest, żeby dobrze odczytać, czemu ma służyć ta samotność w każdym indywidualnym przypadku. Nie ma prostych recept i może właśnie dlatego wielu z nas na pewnym etapie życia szuka "kogoś mądrego, kto wie lepiej". Nawet jeśli nikogo takiego nie znajdujemy - tak bywa najczęściej - to samo poszukiwanie ma swoją wartość. Trzeba jednak pamiętać o daleko posuniętej ostrożności, co i od kogo przyjmujemy. Świetnym probierzem wydają mi się słowa Sługi Bożego Jana Pawła II "nie przyjmujcie za miłość niczego, w czym nie ma prawdy, ani za prawdę niczego, w czym nie ma miłości". Na ogół łatwo ustalić, czy skierowane do nas słowa wynikają z prawdziwej ludzkiej życzliwości i szacunku wobec tajemnicy naszego losu, czy też podyktowane są niechęcią, irytacją, zniecierpliwieniem czy też przekonaniem, że musimy być gorsi, skoro szukamy pomocy.

     Samotność, która nie wynika z wyboru, sprawia kłopot teologom i księżom. Słabo komponuje się z nauką, według której Bóg powołuje człowieka do kapłaństwa, życia konsekrowanego lub małżeństwa, a ten, w swojej wolności, może pójść za tym wezwaniem lub nie. Samotność to zupełnie inny rodzaj "powołania". Jest zadana wbrew woli i bez zgody człowieka. Jego wolność sprowadza się w tym wypadku do wyboru między buntem a akceptacją nieuniknionego, z wiarą, że za wszystkim (z traumatycznymi doświadczeniami łącznie) stoi Bóg.

     To Pan daje śmierć i życie wtrąca do Szeolu - i zeń wyprowadza Pan uboży i wzbogaca Poniża i wywyższa (1 Sm 2,6-7).

     Wszystko jest Jego darem, także wzajemna miłość mężczyzny i kobiety. Można ją przyjąć z wdzięcznością, pielęgnować i ochraniać, jeśli została nam dana. Nie sposób jednak wywalczyć, wybłagać czy wymusić, jeśli nie jest naszym udziałem.

     Jeśli Bóg nie wybuduje domu, na próżno trudzą się budujący

     On, w swojej wolności, obdarza łaską, kogo chce, kiedy chce i jak chce.

     Absurdalne więc wydaje mi się obarczanie poczuciem winy za samotność praktykowane przez duchownych zagniewanych na rzeczywistość bardziej złożoną niż nauka o powołaniach wykładana w seminariach. Często w kontakcie z osobą samotną zachowują się, jakby chcieli ją ukarać za samo istnienie i stawianie ich w sytuacji, w której nie wiedzą, co powiedzieć. Przybierają ton największej surowości i wyłajawszy srodze, jako najlepsze rozwiązanie podsuwają nachalnie adopcję dzieci autystycznych. Z całym szacunkiem dla osób, które zdecydowały się na taki krok, pragnę zauważyć, że jest to powołanie ekstremalne wymagające sporego psychicznego nadmiaru. Proponowanie go osobom poranionym lub niedoinwestowanym emocjonalnie przypomina wysyłanie pacjentów oddziału intensywnej terapii na Orlą Perć. Zaryzykowałabym wręcz twierdzenie, że adoptowanie czy wychowywanie kogokolwiek - nawet pominąwszy przeszkody natury prawnofinansowomieszkaniowej - prawie na pewno nie jest ich powołaniem. Wszystkich duchownych udzielających takich rad nawoływałabym do zdrowego rozsądku i większej odpowiedzialności za słowa.

     Ubodzy Pana źle widziani w Kościele

     Bóg chce nas uszczęśliwić swoim powołaniem, a nie ukarać, dlatego pragnienia, jakie umieścił w naszych sercach, będą zdecydowanie lepszym przewodnikiem niż zniecierpliwiony ksiądz. Każdy, kto bezskutecznie szuka mądrego, najpewniej osiągnie swój cel, sam stając się mądry. Samotność bardzo sprzyja poszukiwaniu mądrości, podobnie jak wszelkiej pracy twórczej, naukowej czy drodze duchowej. Dobrze wykorzystana staje się słodkim jarzmem i lekkim brzemieniem. Doświadczam tego zwykle przed świętami, kiedy wszyscy studenci wynajmujący sąsiednie mieszkania (w plombie z lokalami do wynajęcia, w której mieszkam) wyjeżdżają do domu. Świadomość, że w całym pięciopiętrowym budynku, oprócz mnie, nie ma żywej duszy, napełnia mnie głębokim poczuciem bezpieczeństwa, którego tak bardzo zwykle mi brak. Tej cudnej, słodkiej ciszy mogłabym słuchać przez całą wieczność. Myśl, że oto należę do anawim Jahwe, ubogich Pana - nie mam nic i nikogo - nie przeraża mnie, przeciwnie - przynosi pokój. Nigdy nie starałam się o ten zaszczyt, a nawet zrobiłam wszystko, żeby go uniknąć. W takich błogosławionych chwilach jednak nie zamieniłabym się z nikim na świecie na mój los.

     O ile samotność samą w sobie można zaakceptować, polubić, a nawet pokochać, to stosunek innych ludzi do dotkniętych nią bliźnich bywa krzyżem ponad siły. Sara z Księgi Tobiasza postanowiła się powiesić nie z powodu samotnie spędzanych nocy, tylko upokorzona słowami służącej ośmielającej się znieważać córkę swego pana w jego domu. Przyznam, że jej modlitwa ("A jeśli nie podoba Ci się odebrać mi życia, to wysłuchaj, Panie, jak mi ubliżają") jest mi bardzo bliska.

     Myślę, że nikogo nie szokuje odrzucenie osób pozbawionych znaczenia, władzy, wpływów i pieniędzy przez świat. Niczego innego raczej nie oczekujemy. Znacznie bardziej bolesne jest, gdy ubodzy Pana stają się źle widziani w Kościele. Samotne kobiety traktowane są ze szczególną podejrzliwością jako potencjalnie niebezpieczne dla czystości kapłanów i trwałości związków małżeńskich. Owo hipotetyczne zagrożenie nie pozwala dostrzec w nich istot ludzkich potrzebujących wsparcia (bardziej niż rodziny katolickie) ani docenić talentów, którymi mogłyby wzbogacić wspólnotę.

     Bóg cię kocha, ale my cię tu nie potrzebujemy

     Odrzucanie wszystkich źle się mających - chorych, starych, niepełnosprawnych, pechowców, samotnych - jest atawizmem wywodzącym się z czasów pogańskich. Otwarcie wyznawane wtedy przekonanie, że nieszczęściem - niełaską bogów - można się zarazić jak chorobą, funkcjonuje nadal wśród ludzi ochrzczonych. Świadczy o tym wyraźnie bardzo wybiórczy charakter wielu wspólnot działających w Kościele. Nie neguję potrzeby istnienia grup towarzyskich, jednak opatrywanie ich etykietką "chrześcijańskie", "katolickie" lub "duszpasterstwa" wydaje mi się poważnym nadużyciem. Wykluczanie ubogich Pana - czyli ludzi, z którymi Jezus najbardziej się utożsamiał (cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili") - albo sprowadzanie ich wyłącznie do obiektów cudzej dobroczynności, na pewno nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem ani tym bardziej z katolicyzmem. Stosunek do tajemnicy cierpienia jest tym, co odróżnia chrześcijaństwo od innych tradycji duchowych. Osiem błogosławieństw stawia na głowie porządek tego świata. Właśnie dowartościowanie doświadczeń, których za wszelką cenę próbujemy uniknąć, przekonało mnie, że nauka Chrystusa nie może być ludzkim wymysłem. Przyjęcie czegoś tak radykalnego jednoczy o wiele skuteczniej niż podobna sytuacja rodzinna, poziom wykształcenia, pozycja społeczna czy ekonomiczna. Regularnie praktykowana modlitwa natomiast otwiera na rzeczywistość i uwalnia od nawyku sądzenia po pozorach. Myślę, że jest też doskonałym lekarstwem dla mężczyzn, którzy w swoim patrzeniu na kobiety nie potrafią uwolnić się od perspektywy podbrzusza i postrzegają je wyłącznie jako obiekty seksualne - pożądane lub zakazane. Jeżeli słowa Chrystusa "cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili" obejmują również siostry, to każdy, kto sprowadza wzrokiem kobietę do narządów płciowych w mniej lub bardziej efektownym opakowaniu lub traktuje jak zabronioną w poście kiełbasę, a nie postrzega jej jak człowieka, dopuszcza się świętokradztwa. Uroda kobiety nie jest propozycją seksualną ani poważną wadą charakteru, tylko odblaskiem piękna samego Boga i Jego darem. Nie zagraża trwałości małżeństw ani czystości kapłanów - o ile chcą w niej wytrwać - i nie powinna być powodem odrzucenia. Odrzucenie nie staje się bardziej chrześcijańskie przez to, że towarzyszą mu słowa "Bóg cię kocha". Najczęściej słyszałam takie zapewnienie w kontekście "Bóg cię kocha, ale ja nie chcę mieć z tobą nic do czynienia" albo "Bóg cię kocha, ale my cię tu nie potrzebujemy". Myślę, że tak ważne słowa, jak "Bóg" i "kochać", zasługują na lepsze traktowanie. Język polski dysponuje oszałamiającym bogactwem zwrotów służących do spławienia niepożądanych osób.

     Na szczęście istnieją gdzieniegdzie wspólnoty otwarte na ludzi we wszystkich możliwych sytuacjach życiowych. Sama znam osoby samotne, które odnalazły się w Neokatechumenacie albo Odnowie w Duchu Św. Swoje własne niepowodzenie w tym względzie odczytałam jako dojrzewające powołanie pustelnicze.

     Spotkać archanioła Rafała

     Historia Sary, córki Raguela, kończy się happy endem. Jej ósmy mąż, Tobiasz, pouczony przez towarzyszącego mu w podróży archanioła Rafała, za pomocą wątroby i serca wielkiej ryby z rzeki Tygrys wygania demona Asmodeusza aż do Górnego Egiptu. Rodzice Sary, którzy nad ranem przychodzą zabrać trupa do świeżo wykopanego grobu, nie śmią uwierzyć własnym oczom na widok młodych małżonków pogrążonych w spokojnym śnie.

     Pozostaje mi tylko życzyć wszystkim, których samotność jest rezultatem głębokich zranień, spotkania na swej drodze archanioła Rafała albo kogoś przez niego tak dokładnie pouczonego. Na szczęście nie znamy końca własnej historii. Czarny pesymizm jest takim samym skrzywieniem percepcji, jak naiwny optymizm.

     Na koniec chciałabym podzielić się ze wszystkim siostrami i braćmi w doświadczeniu radą, której sama sobie udzielam zainspirowana słowami św. Katarzyny ze Sieny. Jeśli pod ciężarem swojego krzyża nie możesz iść wyprostowana, to posuwaj się na kolanach. Nie wstydź się, że znowu leżysz na ziemi. Pełznij. Nawet Chrystus upadał pod krzyżem.

     1 Paul Tillich, Osamotnienie i odosobnienie, "Znak" 4 (431) 1991, s. 6.


Aldona Szarypo


Źródło: W drodze Nr 12 (412) 2007
http://www.mateusz.pl/wdrodze/nr412/04.htm


Aldona Szarypo ur. 1965, odbyła studia magisterskie z historii sztuki na KULu
oraz podyplomowe na wrocławskiej ASP, pracowała jako lektorka języka angielskiego,
tłumaczka, bibliotekarka, sekretarka, ma za sobą dwie indywidualne wystawy obrazów,
które tworzy techniką collage'u polegającą na naprasowywaniu tkaniny na płótno, mieszka we Wrocławiu.


   

Wasze komentarze:
 Mo: 15.01.2009, 15:32
 Rzeczywiście, zadziwiające jak mało jest miejsca dla ludzi samotnych w Kościele. W istocie ja również często odnoszę wrażenie, że jestem tu osobą niepożądaną, a przede wszystkim sprawiającą kłopot-najczęściej księżom, którzy wydaje się, że zrobiliby wszystko żeby tylko tego kłopotu się pozbyć. Nie wiem dlaczego w Kościele chętnie widziani są narkomani, alkoholicy, prostytutki, zabójcy i inni przestępcy. Również ludzie rozwiedzeni. Osoby żyjące w związkach niesakramentalnych mają nawet swoje duszpasterstwa!!!! Chociaż są to ludzie żyjący w notorycznym grzechu ciężkim i często tak już będzie do końca ich życia – w takim stanie umierają. Jednak ludzie samotni są niepożądani w Kościele do którego należą i do którego powinni być przygarnięci przez swych duszpasterzy. Osobiście muszę przyznać, że „przy Kościele” trzyma mnie nie sam Kościół – tj. nie instytucja, ani ludzie w nim zgrupowani (bo ci raczej mnie od niej odstręczają), ale jedynie Pan Bóg. Pewien czas temu byłam obecna na prowadzonym w kościele wykładzie zacnego i szanowanego księdza, jezuity i profesora na temat samotności. W zasadzie cały wykład poświęcony był jednak osobom żyjącym w małżeństwach i narzeczonym, a samotni przedstawieni jedynie jako potencjalne zagrożenie dla małżeństw!!!! Było dla mnie jasnym, że urząd nauczycielski Kościoła bardzo tu szwankuje. W konkluzji ksiądz profesor stwierdził, że w ludziach samotnych najbardziej pociągająca jest ich wolność. Zatem osoby żyjące w małżeństwach powinny bardzo uważać na tych samotnych żeby ich nie zwiedli na manowce. Zupełnie jakby samotni byli niczym jakaś gromada węży kusicieli, tylko czyhających na niewinne duszyczki małżeńskie. Poczułam się wtedy jakbym była trędowata. Jednak zrozumiałam także, że to nie tylko ja potrzebuję uzdrowienia z mojego trądu samotności, ale niestety – nasi duszpasterze potrzebują uzdrowienia z bezduszności i ślepoty (żeby nie powiedzieć głupoty). Za samotnych ludzi trzeba się modlić, ale za nauczających księży też trzeba się modlić, żeby gdy wychodzą na ambonę lub katedrę – przynajmniej mówili…….na temat :).
 klementynka: 02.01.2009, 17:30
 Tomku , Tereso ja tez wiem jak to boli.Tylko samotny zrozumie co czujemy.....
 Tomek: 30.12.2008, 22:04
 Tereso bardzo Ci współczuje - niestety sam często czuje to samo...
 Teresa: 30.12.2008, 19:11
 W niedzielę 28.12.2008r byłam na mszy św. w kościele w Spale. Mszę św. ksiądz rozpoczął słowami: " Dziś niedziela Św. Rodziny. To nie ludzie samotni ale przede wszystkim rodziny tworzą Kościół". Poczułam się w tym kościele jak osoba non grata. Jeszcze trochę a ludzi samotnych będzie się chyba z kościoła wypraszać. Jestem osobą samotną nie z wyboru i zapewniam wszystkich tych, którzy mają rodzinę, że zmaganie się z życiem w pojedynkę jest o wiele trudniejsze niż życie w rodzinie!
 AS: 30.10.2008, 12:11
 Wiem, że samotność jest trudna - doświadczyłam tego. Nie chciałam być sama i zabrałam się za szukanie odpowiedniej osoby, drugiej "połowy" czy jak tam kto chce człowieka po prostu, płci przeciwnej. Szukanie zabrało mi sporo czasu i wcale nie było były to miłe chwile. Poznawałam wielu ludzi, miałam wiele znajomości trafionych i nie, ale cos mi mówiło, że mam "działać" dalej. I w końcu poznałam właściwego człowieka, i wyszłam za mąż w wielu 47 lat. Późno powiecie, to prawda, w tym wieku biora ślub i to nie po raz kolejny tylko "gwiazdy" filmowe albo inne VIP-y, ale mi się udało, co tez wzbudziło nielada zdziwienie. Jak to w wieku 47 lat mozna wyjśc za mąż za fajnego, wolnego, mądrego (jest profesorem belwederskim), zamoznego faceta. Cóż można i jest nam fajnie. Czego tez życze wszystkim samotnym i poszukującym, bo tez są tacy samotni, którzy lubia swoja samotność.
 klementynka do kobiety: 26.08.2008, 13:33
 nawet nie wiesz, jak dobrze CIe rozumiem.Tez wierzyłam, ufałam i.... zostałam sama.
 kobieta: 23.08.2008, 14:12
 Artykuł niezły, może dlatego ze napisała go kobieta samotna i trochę zna to z autopsji.Osobiście, czasem wolę czytać komentarze, to pomaga kiedy człowiek odkrywa że w swoich odczuciach nie jest jedyny na świecie. Mam 27 lat i od jakiegoś czasu przygniata mnie to"słodkie i lekkie brzemię samotności ", z upływem czasu coraz bardziej...jestem osobą wierzącą i w chwilach próby powtarzam sobie ze Bóg mnie kocha i wie co dla mnie jest najlepsze, ale kiedy patrzę na moje koleżanki które żyją jakby Boga nie było i są szczęśliwe to jest mi przykro, zazdroszczę im i czasem boję sie, że za jakiś czas, kiedy to już formalnie będzie sie o mnie mówić "stara panna' zacznę żałować że ułożyłam sobie życie po "bożemu" a nie po 'ludzku", że czekałam, że się modliłam i ufałam Bogu, ze wszystko mi wyjaśni. Kościół tak pięknie mówi o modlitwie, o zawierzeniu i zaufaniu, ale jakoś mało się modlimy za osoby samotne. Są modlitwy o dobrego męża/żonę i tyle. A to i tak ciągle krąży wokół tego samego...Kobieta którą mąż bije i pije wzbudzi współczucie i chęć niesienia pomocy, a my samotne chyba tylko litość. A do tego te porady księży " powinnaś spotykać się z ludzmi, może gdzieś jest ten z którym założysz rodzinę" wierzę ze nie ma w tym złych intencji, ale czuje sie jednocześnie jak towar na sprzedaż i jak myśliwy.Jestem samotna i to bardzo, ale chcialabym to jakoś godnie przeżywać! Koleżanki nie mają ze mną o czym rozmawiać, nie znam problemów związanych z byciem żoną i matką, przy świątecznym stole chce mi sie płakać, jako jedyna w rodzinie jestem bez pary, ryczę w poduszkę nocami i czuje ten ból duszy którego się nie da zagłuszyć i przed nim uciec...Tłumaczę sobie, ze gdyby moje życie układało sie tak jak ja tego chce to może oddaliłabym się od Boga, że może jeszcze nie teraz... itd.Czasem trudno być dobrym człowiekiem kiedy jest się tak rozpaczliwie nieszczęśliwym, brakuje nadziei i do tego ta myśl "a jeżeli tak będzie zawsze?"Ojcze, czy my za wiele wymagamy od Ciebie? Chcemy tylko być wiernymi, oddanymi i wspierającymi żonami, troskliwymi matkami naszych dzieci!
 Bri: 03.08.2008, 22:58
 Pani Aldono, gratuluję głębi i madrości! Wyobrażam sobie jednak, że zanim Pani osiągnęła takie zrozumienie i akceptację swego losu, wiele to Panią kosztowało. Coś o tym wiem. Sama mam aktualnie 41 lat, jestem samotna nie z wyboru i doświadczam czegoś, co nazywają kryzysem wieku średniego. W dodatku opusciły mnie ostatnio dwie przyjaciółki, które chyba nie byly w stanie ani rozumieć, ani znieść tego, co się ze mną dzieje. Tekst, który Pani napisała, pozwolił mi doświadczyć, ze nie jestem sama, że jest Ktoś, kto rozumie to, co przeżywam. Dziękuję . Będę czekać, że jeszcze Pani kiedyś coś napisze. Życzę Pani spełnienia i szczęścia:)
 Anna: 30.05.2008, 21:27
 Jak miło jest usłyszeć potwierdzenie własnych myśli na temat samotności:) Mam 32 lata i ciągle nie rozumiem dlaczego inni spotykaja drugie połowy, pobieraja się buduja rodzine a ja nie. Bóg jest dla mnie tajemnicą. Długo walczyłam ze swoja samotnością, słuchałam życzliwych porad, typu wyjdź z domu, zapoznaj kogoś, zaloguj sie etc. Postanowiłam więc wziąść sprawy w swoje ręce i nici. Prawie jak u Sary.W pewnym momencie myślałam, że to ze mną jest coś nie tak. Wymyslałam więc, że odstraszam swoim wyglądem, pomimo, że nie jestem straszna, że odstraszam swoim wyznaniem wiary w Boga, że itd.... Kocioł myśli w sytuacji bez wyjścia. Od niedawna zaproponowano mi zgodzić sie na tą samotność i przezywać ją z krzyżem w ręku, razem z Chrystusem. Początki były bolesne, ryczałam, krzyczałam do Boga, że sie z tym nie zgadzam i przyszedł jedynie pokój po jakimś czasie. Nadal jestem sama ale gdzieś głęboko mam poczucie świadomości, że ten czas jest dla mnie dany. Jest to czas poświęcenia uwagi dla Boga i innych. Kiedy wraca przygniatające poczucie tęsknoty chodzę na kolanach, kłócę się z Bogiem ale ciagle mówię mu, resztkami woli -TAK, zgadzam się na to co mi przygotował pomimo, że tego nie rozumiem ale wiem, że to co mi daje jest najlepsze co moze być. I nie wiem czy kiedykolwiek będę żoną, matką rodzącą czy będę samotna "starą panną" życzliwie nazwaną przez społeczność. Co ja mogę? Oddaję każdy dzień Bogu i liczę, że to co spotka mnie w dniu dzisiejszym będzie najlepsze co moge dostać.


 Mariusz: 07.05.2008, 20:45
 Artykul czytalem juz dawno na lamach "W drodze", ale ciagle zaskakuje mnie trafnymi spostrzezeniami!
 Monika: 04.05.2008, 23:23
 Droga Mo, chciałam nawiązać do ostatniego fragmentu Twojej wypowiedzi. Zauważ, że Chrystus w momencie, gdy upadał, "nie był" Bogiem ale właśnie człowiekiem, tzn że musiał zdać się wyłącznie na ludzką siłę. Przyjął od Boga Ojca ten krzyż. I niósł go, co też i nam zostało polecone. Nam też przykazano, by wciąż iść dalej ze swoim krzyżem, który nigdy nie jest ponad miarę. "W nadziei już zostaliśmy zbawieni." Pozdrawiam Cię Mo.
 Ania: 01.05.2008, 19:49
 Pani Aldono..dziękuje za te slowa- bo tylko tyle moge powiedziec!!! Ten piekny tekst pokazal mi sens zycia w samotnosci, (które byc moze jest tylko tymczasowe... ?)Dla mnie ten artykuł mówi o prawdziwym zyciu.. w którym istnieje zarówno ból jak i nadzieja.. Czytając niektóre komentarze zrobiło mi sie starsznie przykro...wydaje mi sie ze nie mozna pozwolic na to zeby zal i bunt nas zdominował a juz napewno nie wolno nam przestac wierzyc w MIłOSC!!! ta która we wszystko wierzy wszystko przetrzyma i we wszystkim pokłada nadzieje
 Busola: 27.04.2008, 20:42
 do Aldony. to co pani teraz napisała, na sam koniec jest mądre. Ale ja jestem jeszcze młoda i nie chcę być sama, boję się że jak przestanę się miotać i walczyć, i pytać Boga i szukać, to on uzna to za moją zgodę, i nic mi już nie "zaproponuje"
 Aldona: 26.04.2008, 23:31
 Droga Pani Mo, Bardzo dobrze rozumiem Pani niezgodę, bunt i poczucie krzywdy. Mi samej uporanie się z grubsza z tematem samotności zajęło 41 lat (tyle miałam pisząc ten tekst). Potem zaczął się kryzys wieku średniego połączony z dość dramatycznym zakrętem życiowym i wobec trudności na o wiele bardziej podstawowym poziomie problem zniknął. Przychodzi mi do głowy taki cytat z Miłosza "Jest taka cierpienia granica, za która się uśmiech pogodny zaczyna", taki moment, kiedy człowiek patrzy na ruiny i zgliszcza swoich pragnień, nadziei i planów i już nie ma siły pytać dlaczego,ani płakać nad swoją klęską. Może się w końcu odpreżyć i zacząć smakować każdą chwilę, nie oczekując niczego od niej. Wydaje mi sie czasem, że zarówno samotność i jak i wszystkie niepowodzenia są głównie po to, żeby uwolnić nas od naszych, albo - co gorsza - nie naszych, wyobrażeń o tym jak powinno wyglądać szczęśliwe i udane życie. Proces jest bolesny, ale chyba konieczny. Pismo Święte nie ukrywa, że myśli Boga nie są naszymi myślami, a drogi jego, nie są naszymi drogami. Życie nie pozostawia nam co do tego żadnych wątpliwości. Serdecznie pozdrawiam.
 Aldona: 26.04.2008, 18:43
 Droga Małgosiu,"poraniony" w żadnym wypadku nie znaczy gorszy, choćby z tej prostej przyczyny, że dokladnie wszyscy jesteśmy w jakiś sposób naznaczeni przez swoje doświadczenia, zwłaszcza wczesne. Są osoby, które z lęku przed samotnością i społecznym napiętnowaniem jako stara panna/stary kawaler, za cenę najkoszmarniejszych upokorzeń dążą do jakiekolwiek związku, a potem kurczowo trzymają sie partnera. Sa tacy, którzy mają przymus uwodzenia ludzi i nie spoczną, dopóki dokładnie wszyscy - kobiety i mezczyźni - w nich otoczeni nie są w nich zakochani, a przez to podatni na manipulację. Inni usiłują uzasadnić swoje istnienie intensywną dzialalnoscią dobroczynną lub czymś podobnym. Wszystkie te postawy są chore, ale mają społeczną akceptację, bo dobrze imitują chrzescijaństwo, choć nie mają z nim nic wspólnego. Mój tekst nie zajmuję się tymi przypadkami, gdyż moglabym o nich pisać jedynie z zewnątrz. Nie zamierzam też nikogo zniechęcać do adopcji dzieci autystycznych, jeśli to własnie jest pragnieniem jego serca. Chcę tylko powiedzieć, że nasze istnienie nie wymaga uzasadnienia w oczach świata - jestesmy na tu, gdyż Bóg nas chcial. Jeste śmy tu po to, aby On mógł nas kochać. Zdecydowałam się wspomnieć o niedoborach emocjonalnych (rozumianych jako zaniedbanie wychowawcze, a nie brak dojrzałości), gdyż chciałam uciąć głowę nadzwyczaj wnikliwym i głębokim wywodom, które upatrują genezę samotności w egoizmie lub zaniedbywaniu swojego wyglądu (nigdy w życiu nie spotkałam sie z takim przypadkiem).
 Małgosia: 25.04.2008, 23:29
 Artykuł prawdziwy. Czuję dokładnie to samo.
 Ala: 25.04.2008, 22:14
 Proszę aby mi ktoś odpowiedział na pytanie: czy osobie samotnej nie z wyboru i nie mającej bliskiej rodziny spędzającej samej Wigilię Bożego Narodzenia Bóg Sam wystarczy?
 Mo: 25.04.2008, 11:01
 Droga Pani Aldono. Pani artykuł bardzo mnie poruszył. Zapewne dlatego, że jestem od wielu lat osobą samotną (nie z wyboru), a także dlatego, że jest niezwykle prawdziwy. Chciałabym podzielić się swoimi refleksjami na temat samotności, a wywołanymi przez treść Pani artykułu. Zgadzam się z twierdzeniem, że nadzieja (wydawałoby się rzecz najważniejsza w tego rodzaju sytuacjach) staje się w pewnym momencie ciężarem. Wzmaga cierpienie i jeszcze bardziej dołuje. Szczególnie dzieje się tak, gdy modlimy się, a modlitwy nie są wysłuchiwane. Chociaż Kościół każe nam wierzyć, że Bóg modlitw wysłuchuje zawsze – ja mam zupełnie inne odczucie. Twierdzi Pani, że samotność sprzyja poszukiwaniu mądrości, i że dobrze wykorzystana staje się słodkim jarzmem i lekkim brzemieniem. Zgadzam się, że samotność sprzyja poszukiwaniom (także mądrości). Po prostu nadmiar czasu trzeba jakoś zagospodarować. Jedni chodzą na zakupy, drudzy „siedzą w Internecie”, inni piją, jeszcze inni angażują się „w nadmiarze” w np. ruchy społeczne lub polityczne. Są też tacy, którzy poszukują mądrości. A nawet ją znachodzą. Nie wiem czy jestem osobą mądrą. Jednak oceniam, że mądrość prowadzi do jednego prostego wniosku, że w życiu najważniejsza jest miłość. Ukoronowaniem wszystkich rodzajów miłości jest miłość między kobietą i mężczyzną. Jednak uświadomienie sobie, że tej wyjątkowej miłości, rozumianej jako dar zostało się pozbawionym, budzi ogromne poczucie krzywdy, a nie – jak Pani pisze – poczucie lekkości brzemienia i słodkości jarzma. I wcale nie przynosi pokoju. Za bardzo prawdziwe i oddające istotę rzeczy uważam stwierdzenie, że samotne kobiety traktowane są ze szczególną podejrzliwością, jako potencjalne niebezpieczeństwo dla czystości kapłanów i stałości związków małżeńskich. Dodałabym jeszcze, że są traktowane często z litością i poczuciem wyższości przez te kobiety, którym „się udało”, a także jako rywalki dla innych samotnych kobiet, szczególnie młodszych. Takie traktowanie jeszcze bardziej pogłębia wyobcowanie i poczucie krzywdy. Od wielu lat doświadczam tej samotności, ale nie umiem jej odczytać jako powołania (nawet do życia pustelniczego). Cały czas coś się we mnie buntuje, przeciwstawia akceptacji tego stanu rzeczy i stanowczo na to nie godzi – chociaż ta „postawa buntu”, logicznie ją osądzając, ma coraz mniej sensu wraz z upływem lat. Jest to na pewno krzyż. Pisze Pani, że jeśli nie możesz iść pod ciężarem krzyża, to posuwaj się na kolanach. Jednak czasem jest tak, że pod ciężarem krzyża człowiek upada i nie może już się podnieść, a gdy leży – na pewno nie może też przesuwać się do przodu. Pisze Pani, że nawet Chrystus upadł pod krzyżem. Owszem tak. Ale Chrystus był i jest także Bogiem, i był……..mężczyzną.
 Malgos: 25.04.2008, 10:29
 Gdzie sie Basia dopatrzyla? Moze Aldono przeczytaj jeszcze raz swoj tekst o adopcji dzieci autystycznych przez osoby samotne: a dokladnie fragment: "Proponowanie go osobom poranionym lub niedoinwestowanym emocjonalnie przypomina wysyłanie pacjentów oddziału intensywnej terapii na Orlą Perć."
 Dorota - 74: 22.04.2008, 15:35
 Mądry tekst. Od paru dni wiem, ze mąż mnie zdradził (oszukał?). Nie był to romans jak za pierwszym razem (jakieś 7 lat temu) ale szybki numerek na imprezie. Nie przyznałby sie, ale humor mu sie skiepścił kiedy zrobił sobie badania i od lekarki dowiedział się, ze mógł mnie zarazić jakimś syfem. Póki co badań sobie jeszcze nie robiłam i czuję się OK-ej, bardziej martwi mnie, że nie miał żadnych refleksji co do głupoty postępku, żadnej skruchy, a pogrzebał rodzinę dla naszego 5 letniego syna. I tak sobie mysle że może mnie (nas) tez Pan Bóg wezwał do samotności i całkowietj ufności- bo po ludzku tego naprawić juz nie można. Pozdrawiam
[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] (8) [9] [10]


Autor

Treść

Nowości

Modlitwa do św. Tomasza ApostołaModlitwa do św. Tomasza Apostoła

Litania do św. Tomasza ApostołaLitania do św. Tomasza Apostoła

Cywilizacja miłości ma ogarnąć światCywilizacja miłości ma ogarnąć świat

Co to znaczy, że Bóg jest miłością?Co to znaczy, że Bóg jest miłością?

Czy Bóg naprawdę nas kocha? I skąd wiemy, że Jemu zależy na nas?Czy Bóg naprawdę nas kocha? I skąd wiemy, że Jemu zależy na nas?

Najbardziej popularne

Godzina ŁaskiGodzina Łaski

Modlitwy do św. RityModlitwy do św. Rity

Litania do św. JózefaLitania do św. Józefa

Jezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się JezusowiJezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się Jezusowi

Modlitwa o CudModlitwa o Cud

Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2022 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej