Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Samotność - dramat czy powołanie?

Ostatnio coraz częściej słyszy się o "powołaniu do samotności". Nawet młodzi ludzie, nieraz dopiero po studiach postanawiają nie zakładać rodziny. Robią to całkiem dobrowolnie albo - nie mogąc znaleźć kandydata na małżonka dochodzą do wniosku, że samotność jest ich drogą. Utwierdzają ich w tym media lansując bardzo popularny ostatnio model "singla".

A jak to wygląda naprawdę? Czy faktycznie jest takie powołanie? Czy Bóg dla tak wielu osób przewidział właśnie taką drogę do zbawienia? A może to tylko ucieczka przed odpowiedzialnością, modne wytłumaczenie dlaczego nie mam rodziny? A może za etykietką "singiel z wyboru" kryje się dramat współczesnego człowieka, któremu coraz ciężej znaleźć bratnią duszę? Może to wcale nie jest wolny wybór ani powołanie?

Popatrzymy co kieruje człowiekiem w podjęciu decyzji o samotności.

Co do zasady nie ma takiego powołania, by człowiek był sam. Słyszeliście kiedyś o takim? Bo my nie. Jest kapłaństwo, małżeństwo, zakon. Sam Bóg stwarzając człowieka stwierdził, iż nie jest dobrze by pozostał on samotny. Oczywiście, nie oznacza to, że każdy musi się żenić czy iść do zakonu. Rzeczywiście, są ludzie, którzy nie widzą się w żadnej z tych sytuacji. Całkiem dobrowolnie postanawiają pozostać bezżennymi. I to jest OK - pod jednym warunkiem: że poświęcą się czemuś konkretnemu, jakiejś wielkiej sprawie, idei, której wykonywanie nie dałoby się pogodzić z pełnieniem roli męża czy żony. Tylko my to rozumiemy tak: najpierw następuje zaangażowanie w jakąś działalność, najpierw zaczynamy coś robić dla innych.? Widzimy, że to nas pochłania całkowicie, że staje się to naszym zadaniem życiowym, nie wyobrażamy sobie siebie w innej roli i dochodzimy do wniosku, że ta działalność jest dla nas ważniejsza niż realizacja siebie w rodzinie czy zakonie. I wtedy dobrowolnie z tej rodziny rezygnujemy, bez żalu, z poczuciem, że to jest właśnie najwłaściwsza droga. Oczywiście jest to wymodlone, rozpoznane, skonsultowane z kierownikiem duchowym, spowiednikiem itp. I daje nam to taką radość i poczucie spełnienia, że chcemy to robić całe życie. To jest właściwa kolejność. A nie taka: chłopak czy dziewczyna zastanawia się na powołaniem i dochodzi od wniosku, że jest powołany/a do samotności. I dopiero potem zaczyna się zastanawiać co by tu w życiu robić. No bo skoro nie rodzina czy zakon to coś "na usprawiedliwienie" bycia samemu wypada mieć. Zaczyna trochę działać w Caritasie, trochę w jakiejś wspólnocie, troszkę tego skubnie, trochę tego. W niczym dłużej miejsca nie zagrzewa. I co się dzieje? Nie jest spełniony/a, nie jest do końca szczęśliwy/a. Bo brak jest tej głębi, tego ducha ożywczego, kierującego ich zapałem. Lata lecą, czasem ktoś się koło nich zakręci, ale - według nich - "to nie to", bo oni mają przecież inne powołanie. Każdy dzień wygląda tak samo: praca, dom, jakiś obiad, zakupy dla jednej osoby, weekendy u rodziców. Natarczywe pytanie ze strony rodziny co dalej, na które nie bardzo wiadomo co odpowiedzieć. Przyjaciół coraz mniej, bo każdy zajęty swoimi sprawami. Nic za bardzo nie daje satysfakcji, bo dla kogo ubierać choinkę, dla kogo piec ciasto? W końcu naprawdę zostają sami i zastanawiają się co tu dalej robić, czym się zająć. Pojawia się myśl: a może trzeba było wyjść za mąż? A może trzeba było pójść do zakonu? Przystają do jakiejś grupy przy kościele, coś robią, ale nadal brak tego "ducha". I tak rodzą się stare panny i starzy kawalerowie.

Nie chcemy broń Boże nikogo urazić! Nie kpimy ze starych panien (ja sama nią byłam, bo wyszłam za mąż jak miałam 30 lat). Chcemy tylko powiedzieć, że jest ZASADNICZA RÓŻNICA między byciem samemu z wyboru (dla idei) a domniemanym powołaniem do samotności (z braku pomysłu na życie). I znów: wiemy, że nie wszyscy założą rodzinę. I nie z ich winy tak będzie. Po prostu - nie znajdą kandydata na męża czy żonę. I my tego absolutnie nie krytykujemy, doskonale rozumiemy ich ból, bo w pewnym momencie życia wydawało nam się, że będzie to też naszym udziałem. Należy takim osobom współczuć bólu niespełnionego powołania i na ile to możliwe starać się im pomóc - tak bardzo konkretnie: przez poznawanie ze swoimi znajomymi, którzy także jeszcze są sami, przez zachęcanie do szukania tej drugiej osoby przez internet czy choćby biuro matrymonialne. Natomiast zmierzamy do tego, że nie ma POWOŁANIA DO SAMOTNOŚCI. Bo nikt nie może żyć dla siebie. A zatem albo wybiera poświęcenie życia czemuś i z tego powodu rodziny nie zakłada, bo nie pogodziłby obowiązków albo nie z własnego wyboru pozostaje sam, choć chciałby mieć rodzinę. I wtedy realizuje się inaczej. Natomiast nie może to być wybór z wygody, lenistwa, nierealnych oczekiwań co do kandydata na małżonka, lęku przez zobowiązaniem się. Wiecie kto to jest tak bardzo ostatnio lansowany singiel? Ktoś komu się wydaje, że "ma powołanie do samotności". Ktoś kto boi się wejść w formalny związek. Ktoś kto zostawia sobie furtki. Ktoś kto podejmuje wybory wygodne a nie słuszne. Trudno nam sobie nawet wyobrazić, by dobrowolnie zrezygnować z miłości: do małżonka lub w służbie bliźnich. Bo "powołanie do samotności" jest rezygnacją z miłości do innych na rzecz miłości tylko do siebie. I przeciwko takiemu powołaniu protestujemy. NIE WOLNO zatem robić założenia, że "może takie jest moje powołanie".

Zdarza się też, że ktoś owo powołanie do samotności tłumaczy np. koniecznością pozostania z rodzicami. Zawsze w tym przypadku mamy mieszane uczucia. No bo faktycznie: rodzicom zawdzięczamy życie i wychowanie, a zatem sumienie nawet nakazuje nam zająć się nimi na starość. No i oczywiście rodzicom zawsze należy się pomoc. Ale pomoc nie może być rezygnacją z własnego życia. Bo co się stanie jak rodzice umrą?

Gdy dostajemy listy z pytaniem czy nie powinno się poświęcić rodzicom zawsze przychodzi mi na myśl moja kuzynka, której wydawało się że takie właśnie jest jej zadanie życiowe. Po śmierci rodziców, która nastąpiła wcześniej niż się komukolwiek wydawało zawalił się jej świat. Dosłownie. Skończyło się dla niej wszystko czym żyła. Nagle straciła cały sens życia, bo to co do tej pory robiła, czyli życie z rodzicami przestało istnieć. Została sama. Nagle spostrzegła, że jej rówieśnicy dawno już pozakładali rodziny, rodzeństwo ma dzieci i swoje małżeńskie sprawy i problemy i w zasadzie nawet nie bardzo ma o czym rozmawiać z koleżankami ze szkoły. Wcześniej nie bardzo jej to przeszkadzało, bo zawsze mogła wrócić do domu i porozmawiać z rodzicami. Zbliżała się do czterdziestki ale była ładną, zadbaną kobietą i z pewnością mogła się jeszcze podobać. Jednak zamiast próbować wyjść do innych ona była już tak zgorzkniała, że nie wierzyła w swoje siły, w to, że ktoś chciałby się z nią spotykać i stwierdziła... że jej powołaniem jest samotność, nic już w jej życiu się nie zmieni i widocznie zawsze już będzie nieszczęśliwa. Czy musiało tak być?

Dlatego moja Droga i mój Drogi: jeśli wydaje Wam się, że musicie pozostać całe życie przy rodzicach pomyślcie co Wy zrobilibyście w takiej sytuacji. Bo ona może stać się też Waszym udziałem. Czy naprawdę pragniecie być całe życie sami? A Wami nawet Wasze dzieci się wtedy nie zajmą bo...nie będziecie ich mieli. Ani zatem dzieci nie powinny czuć "takiego obowiązku" ani też rodzicom nie wolno tego od dzieci wymagać. A jeśli tak się dzieje to znaczy, że po którejś stronie jest duży problem. Waszym obowiązkiem jest zrealizować swoje powołanie. Jeśli czujesz się powołana do małżeństwa to znaczy, że masz wyjść za mąż i mieć rodzinę. Opiekować się rodzicami, ale nie być ich wiecznym dzieckiem. Tego Ci robić nie wolno, bo zmarnujesz życie. A co robić w sytuacji gdy rodzice na to nalegają? Delikatnie tłumaczyć i pokazywać jaka jesteś szczęśliwa z kimś. A jak nie akceptują - robić swoje. I nie bać się, że rodziców zasmucisz, zdenerwujesz. Może tak będzie, ale to nie będzie Twoja wina. Powtórzymy jeszcze raz: należy rodzicom pomagać, należy ich odwiedzać i za nimi tęsknić, należy nawet na starość wziąć ich do swojego domu. Ale nie wolno koniecznością pomocy rodzicom tłumaczyć sobie "powołania do samotności". Bo ani rodzicom nie dogodzicie ani Wy nie będziecie szczęśliwi.

Jeszcze innym argumentem jaki zdarza nam się słyszeć to taki, że "nikt mnie nie pokocha" lub "nie nadaję się do związku". Jeśli tak twierdzisz to zapytamy przewrotnie: skąd wiesz? Skąd wiesz, że jak do tej pory nikt Cię nie pokochał to już nigdy się to nie zdarzy? Nie wiesz co Cię spotka za tydzień, pół roku, rok. Nie wiesz i nie możesz wiedzieć więc się nie zarzekaj. Dlaczego ktoś miałby Cię pokochać? A dlaczego nie? Zrób listę za i przeciw, tylko bądź obiektywny. Wpisz na nią konkretne argumenty dlaczego nie i dlaczego tak. I co? Taki najgorszy nie jesteś, prawda? Jasne, nie jesteś najpiękniejsza i nie jesteś najmądrzejszy, ale jest takie ludowe przysłowie: "Każda potwora znajdzie swego amatora". Nawet Shrek znalazł żonę. A Ty przecież trochę od Shreka jesteś przystojniejszy, prawda? No właśnie. A zatem nie wiesz czy ktoś nie szuka właśnie kogoś takiego jak Ty. Ja też myślałam, że takiej jak ja nie szuka i mój mąż też tak myślał. A teraz jesteśmy małżeństwem.

Jeśli nie byłeś w związku, to nie wiesz czy się nadajesz czy nie. Bardzo rzadko się zdarza, że ktoś nie dojrzał do bycia w związku, ale to raczej kwestia osobowości jako takiej a nie "nieumiejętności". Nie możesz powiedzieć, że nie lubisz szpinaku jeśli nigdy go nie jadłeś. Jeśli zatem nie kochałeś to jak możesz twierdzić, że się do tego nie nadajesz?

I wiecie co kochani? Ile razy dostajemy takie listy z twierdzeniem, że ktoś chce żyć bez miłości, że ktoś się nie nadaje itp. to jednego możemy być pewni: że to pisze ktoś kto myśli dokładnie na odwrót. Ktoś, kto bardzo chce kochać i być kochanym. Jak ktoś pisze, że chce nauczyć się żyć bez miłości to mamy 100 % gwarancji, że miłości właśnie najbardziej w życiu pragnie. A wiecie skąd to wiemy? Z autopsji. Kiedy człowiek czegoś w życiu bardzo pragnie a tego nie otrzymuje, kiedy bardzo się stara i robi wszystko by to osiągnąć a mimo wszystko to "coś" od niego nie zależy to przychodzi taki moment, że ma już dosyć. Taka chwila, kiedy nie ma już siły wołać, błagać, szukać. Kiedy jest już tak psychicznie zmęczony, że chce już tylko przestać pragnąć. Myślę, że być może w takim stanie był Jezus w Ogrójcu kiedy wołał: "Ojcze, oddal ode mnie ten kielich.". Nic nie pomagało na oporność ludu: ani nauczanie ani cuda, nic. Wiedział, że ostatecznym środkiem jest Jego Męka i Śmierć. I już nie mogąc udźwignąć tego ciężaru modlił się o ulgę. I dlatego takie listy są wołaniem o miłość. Bo wydaje nam się, że stosując technikę: "kwaśne winogrona", czyli wmawiając sobie, że to co jest obiektywnie dobre to dla mnie będzie niedobre odczuwamy ulgę. Nie jest tak, prawda? Albo jest na chwilę a w najmniej spodziewanym momencie zmora wychodzi i dusi za gardło. Dlatego nie wypierajmy się miłości. Nie wypierajmy się jej pragnienia. Bo to tak jakbyśmy chcieli zrezygnować z jakiegoś wymiaru swojego człowieczeństwa. Nie da się. I nie potrzeba.

Doszliśmy zatem do wniosku, że życie w pojedynkę może być wyborem (ktoś decyduje się poświęcić pracy charytatywnej, nauce itp.) lub stanem, w którym znaleźliśmy się wbrew woli. No właśnie i co wtedy? Jeśli czujemy powołanie do małżeństwa powinniśmy szukać nadal. No, ale są ludzi którzy chcą założyć rodzinę, szukają i nie znajdują, znamy przecież takie osoby z naszego środowiska. Co z nimi? Najpierw należy się zastanowić czy mają one realne wymagania co do drugiej osoby, bo czasem różnie z tym bywa. Jeśli tak to czy nie boją się pokochać, czy nieświadomie nie odrzucają innych poprzez swoje zachowanie np. głębokie poranienia, z którymi sobie nie poradzili czy jakieś cechy, które utrudniają wspólne życie (np. jakąś niezaradność życiowa, niezdecydowanie itp.). Jeśli nie - módlmy się i szukajmy dalej. My zawsze zachęcamy, by nie pozostawać biernymi. Powiedzenie: "Siedź w kącie, znajdą Cię" może było dobre w początkach naszego wieku gdzie się wszyscy na wsi znali i chłopak wiedział w którym domu jakiej dziewczyny się spodziewać ale nie bardzo ma zastosowanie w dzisiejszym zwariowanym świecie. Dlatego my zachęcamy, nie tylko chłopaków ale i dziewczyny, by zawierzając Bogu kwestię małżonka sami także byli aktywni. By "dali Bogu szansę". By nie izolowali się od ludzi, by nie unikali spotkań towarzyskich. Aby nie odmawiali np. pójścia na wesele jako osoba towarzysząca. A może właśnie na tym weselu okaże się, że ten kolega z osiedla to całkiem fajny, dobrze wychowany chłopak? A może na jakichś imieninach okaże się, że brat koleżanki jest całkiem interesującym facetem, który ma swoją pasję? A może ta szara myszka, na którą nie zwracałeś uwagi to wspaniała dziewczyna, która wiele robi dla innych i piecze pyszne ciasta przy okazji?

Nie wstydźmy się poznawać kogoś przez biuro matrymonialne. Najbardziej "sztandarowym" przykładem małżonków z takiego biura są oczywiście rodzice obecnego papieża ale też wiele bardzo zgodnych, dobrych małżeństw, które nie wiadomo dlaczego wstydzą się przyznać, że w ten sposób się poznali. A przecież tam się jasno określa swoje oczekiwania i preferencje i przychodzą tam poważni ludzie - właśnie w tym celu, więc jaki tu powód do wstydu? Jak to jest, że współczesny świat nie wstydzi się grzechu, wręcz chlubi się z powodu jawnego łamania przykazań a "biuro matrymonialne" budzi zażenowanie. Przyznacie, że to dziwne, prawda? Ostatnio bardzo wiele osób poznaje się też przez internet. Na naszej stronie za pośrednictwem działu "Źródełko" poznało się około 20 małżeństw. Jest też wiele innych, wartościowych, chrześcijańskich portali gdzie szanse trafienia na "swego" człowieka - w sensie wartości i poglądów są ogromne! Oczywiście, internet jest większym ryzykiem niż biuro i dlatego zachęcamy do korzystania ze stron sprawdzonych i takich, o których wiadomo, że mają coś wspólnego z wiarą. Nie bójmy się: nic nie tracimy a możemy zyskać wiele.

A może jakaś wspólnota? Wcale nie jest tak, że to dobre tylko dla studentów czy licealistów. Są też wspólnoty tworzone przez młodzież pracującą, duszpasterstwa postakademickie. Może warto? My sami poznaliśmy się w maleńkiej wspólnocie, gdzie na 10 osób utworzyły się ...cztery małżeństwa! To niezwykłe a dla nas dowód na to, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych a "Duch wieje kędy chce...". A nawet jak małżonka we wspólnocie nie poznamy to wzbogacimy życie duchowe. A może któraś z koleżanek ze wspólnoty ma brata, którego poznamy odwiedzając ją w domu? Nigdy nic nie wiadomo.

Kochani - i jeszcze jedno. Dawajmy sobie nawzajem szanse. Nie można stwierdzić, że "to nie ten człowiek" po pierwszym spotkaniu (pomijamy przypadki ewidentnego chamstwa, cwaniactwa i sytuacje gdzie ktoś jest wulgarny albo otwarcie manifestuje swoje nienajciekawsze poglądy). Spotkajmy się minimum 2-3 razy. Rozmawiajmy ze sobą. Trzeba się bowiem poznać, by podjąć decyzję i nie jest tak, że od pierwszego razu "się wie". No, ale to już temat na osobny artykuł.

A jeśli już wyeliminujemy wszystkie powody braku małżonka, wypróbujemy wszystkie sposoby i nie znajdujemy odpowiedzi na swoją samotność to pozostaje tylko się modlić by Bóg to zmienił.

W jednym z psalmów czytamy: "Bóg spełni pragnienia twego serca". W pierwszym odruchu chciałoby się odczytać te słowa dokładnie tak jak one brzmią. Że Bóg spełni nasze pragnienia założenia rodziny, że da nam poznać tą właściwą osobę. To normalne odczucia, bo to są właśnie pragnienia naszego serca. Jednakże wiemy, że mimo wszystko nie zawsze tak będzie. Jak wtedy odczytywać słowa psalmu? Czy pragnienie serca człowieka może być sprzeczne z pragnieniem Boga np. odnośnie założenia rodziny? A jeżeli tak to chyba jest to jakiś niesamowity dramat, na który Bóg nas skazuje. Czy naprawdę zaspokojenie pragnienia naszego serca w miłości może być nierealne?

Nie. Nie, bo gdyby tak było Bóg nie byłby Ojcem miłosiernym. Bóg natomiast - jak już wielokrotnie mówiliśmy wcześniej - nie jest złośliwy. On nie bawi się naszymi uczuciami i nie skazuje nas na bezsensowne cierpienie - choć pewnie w chwilach rozpaczy każdemu z nas zdarzało się tak myśleć. Ale tak nie jest, bo gdyby tak było całe dzieło stworzenia byłoby bez sensu. Może być naturalnie tak, że Bóg, chcąc dla nas zawsze dobra inaczej postrzega to dobro niż my w danej chwili. A zatem obietnicę zaspokojenia pragnienia naszego serca należy rozumieć szerzej. Należy ją rozumieć jako zaspokojenie pragnienia serca w ogóle, nie tylko w tej chwili. Bo na każdym etapie życia mamy jakieś pragnienia i wyrywkowe przeczytanie jakiegoś fragmentu Pisma św. daje nam natychmiastową obietnicę ich spełnienia. Natomiast w tym przypadku chodzi o największe pragnienie serca człowieka, czyli pragnienie Boga. Bóg dając nam zbawienie daje nam obietnicę zaspokojenia właśnie tego największego głodu człowieka - znalezienia się w obecności Boga na wieczność, zbawienia i "przygarnięcia" przez Boga. Bo to jedno, jedyne pragnienie ludzkiego serca jest najbardziej ponadczasowe i niezmienne pośród wszystkich etapów życia i okoliczności, bo do tego przecież sprowadza się cel naszego życia. I dlatego należy modlić się, żeby Bóg zaspokoił to konkretne pragnienie naszego serca i przemienił tą tęsknotę za drugim człowiekiem w tęsknotę za Bogiem i działanie dla innych. Ale takie, by nie był to środek zastępczy, wypełniacz czasu, coś na zapomnienie czy metoda klina tylko autentyczne zaspokojenie serca przynoszące ukojenie i szczęście. Dopiero wtedy nie będzie dramatu gdy Bóg to uczyni, gdy będziemy tego zaspokojenia pragnąć i godzić się na to.

Nie wypierajmy się zatem pragnienia miłości: prośmy o nią Boga a On da nam ukojenie. I wtedy nawet "samotność" nie będzie dramatem.

Kasia i Tomek

Redakcja portalu



Wasze komentarze:
 maciej: 12.04.2009, 11:11
 samotność-jest straszna, nie wiedzą tego ci ,którzy jej nie doświadczyli,cztery sciany i tykanie zegara. Źadna pasja, zaintersowania... nie zastąpią nam drugiego człowieka, jego uścisku, jego pocałunku, głosu z drugiego pokoju i tego kiedy wracasz do domu to jest w nim ktoś, ten dom żyje . Miłość jest wszystkim be niej jesteśmy jak kamienie, do tego nieme kamienie.
 Iwona: 10.04.2009, 14:44
 Rafale nie zgadzam się z Twoim stwierdzeniem, że jesteś sam za karę. Może tak to odbierasz, ale czy Bóg chce dla nas żle, jeżeli samemu jest Ci źle to prędzej czy później postawi na Twojej drodze tę drugą połówkę, ja też mam 33 lata i nie ukrywam, że doskwiera mi samotność, ale liczę, że kiedyś się to zmieni, dlatego Rafale nie wiem dlaczego uważasz, że nie ma sensu modlić się o drugę połówkę, uwierz dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych, chociaż teraz jest mi ciężko być samą wierzę, że kiedyś Bóg to zmieni i tego również życzę Tobie.
 rafał: 07.03.2009, 21:45
 mam 33 lata i jestem sam ale Bóg mi świadkiem ze zasłużyłem na samotność.Nie modle się o znalezienie drugiej połowy bo to chyba nie ma sensu ,wiem że Bóg nie wybaczy mi moich ,, zasług ''.Samotność to chyba moja kara i pokuta . Gorąco pozdrawiam i życzę szczęścia we dwoje osobom którzy nie zasłużyli sobie na życie w pojedynkę.
 Zetsu: 03.02.2009, 09:11
 gdy czujesz się samotny i smutny , morzesz liczyć tylko na siebie
 Xysio23: 05.01.2009, 01:52
 Wciąż paru rzeczy nie rozumiem. Pragnienie, żeby MNIE ktoś przytulił, żeby MNIE ktoś kochał itd. to przecież czysty hedonizm. Ilekroć chcę się o to modlić, muszę się ugryźć w język. Poza tym pary zamknięte w sobie i obnoszące się ze swoim szczęściem też sprawiają, że zastanawiam się czy na pewno chcę iść ich drogą. Jest też powiedzenie, że nie ma brzydkich kobiet, jest tylko za mało wina. Stąd tylko krok do wniosku filmowego diabła - Bóg wymyślił sprzeczne zasady i śmieje się, jak przestępujemy z nogi na nogę. No więc mam nie odmawiać pójścia na wesele, czy unikać prowadzącego do nałogu alkoholu? Mam wierzyć, że "stan kawalerski bardzo się Bogu podoba", jak powiedział pewien były premier, i wpisać się w lukę między małżeństwo a kapłaństwo, czy założyć rodzinę i być ślepym na problemy samotnych, a może i w ogóle na problemy wszystkich poza moją żoną? Po przeczytaniu tego artykułu i komentarzy jestem już totalnie zdezorientowany. Myślałem, że będzie ze mną jak z Kmicicem, który musiał przejść przez stosowne piekło zanim zasłużył na małżeństwo. Myślałem, ale z każdym kolejnym rokiem przypominam sobie, ile to lat temu zacząłem się zastanawiać, czy za rok będę już z kimś i ogarnia mnie pusty śmiech. Przepraszam za przydługą wypowiedź. Samotni i samotne - jestem z Wami!
 SAM: 29.12.2008, 22:38
 Jestem sam, ale nie czuje się samotny, no może czasami. Zawsze chciałem mieć rodzinę, żonę, synka, z którym jeździłbym na ryby... ale tak nie jest. Podjąłem decyzje, że zostaje sam. Pasjonuje mnie nauka. Wiem, że nie pogodzę mojej pasji, badań, naukowych aspiracji rodzinie. Brzmi to samolubnie, ale jak już coś robić to z pasją. Nie jest łatwo samemu wziąć kredyt mieszkaniowy i go spłacać, płacić rachunki i zajmować się wszystkim. Jest dużo trudniej niż mieć przy sobie kochającą żonę, która zawsze będzie wspierała. Powołanie do świętości - podstawowe powołanie człowieka. Szukam Boga w nauce. W tym będę się realizował. Jestem sam, ale nie samotny. Mam wielu samotnych znajomych, którzy z tych samych przesłanek co ja - są sami. Ale nie są samotni. Często spotykamy się razem, bawimy się, wymieniamy doświadczenia. Są bezżeni, którzy z łona matki takimi się stali - a osoby o skłonnościach homoseksulanych? Wg nauki kościoła powinni żyć sami. Niezbadanie są wyroki boskie. Pozdrawiam wszystkich i szczęścliwego nowego roku życze :)
 Slawek: 22.12.2008, 12:49
 Czy samotność może być powołaniem? tego nie wiem. Chociaż niektórzy ludzie są samotni z wyboru ja tak nie potrafię. Mam 24 lata i odkąd pamiętam zawsze byłem samotny. jakoś sobie z tym radziłem ale teraz jest coraz trudniej. Każdy kolejny dzień w samotności jest cierpieniem. Czy wytrwam? nie wiem Kilka razy kochałem ale niewłaściwą osobę. Zrozumie to tylko ktoś kto przeżył to samo. Pozdrawiam i życzę Wesołych Świąt i udanego sylwestra
 Sławomir: 02.12.2008, 13:30
 Katechizm mówi (KKK 2231),, Niektórzy nie zawierają małżeństwa, aby móc zaopiekować się swoimi rodzicami lub rodzeństwem, by poświęcić się bardziej sprawom zawodowym lub też z innych szlachetnych pobudek. Mogą oni bardzo przyczynić się do wzrostu dobra rodziny ludzkiej.".
 Sławomir: 02.12.2008, 13:00
 Najlepszą pomocą ze strony małżonków dla osób samotnych są: modlitwa za konkretną osobę samotną , post w jej intencji, , przykład własnego życia małżeńskiego, nikt kto nie zna sytuacji konkretnej osoby samotnej (historii życia danego człowieka, jego motywacji itd.) nie ma żadnego prawa oceniać faktu samotności konkretnego człowieka X. Oto fragment działa ,,Duch św. Franciszka Salezego ,,Człowiek widzi tylko powierzchowność człowieka, Bóg zaś patrzy na jego serce: dlatego to Bóg tylko jeden może znać myśli i uczucia ludzkie. Nasz Święty mawiał z tego powodu, że dusza bliźniego jest owym drzewem wiadomości dobrego i złego, którego nam zakazano dotykać się pod groźbą ciężkiej kary. Tymczasem w postępowaniu ludzi upatrywał on pod tym względem wielką i opłakaną niedorzeczność: zwykle bowiem mamy szczególne upodobanie w wydawaniu sądów o stanie wewnętrznym bliźniego, chociaż go nie znamy, a zaniedbujemy zupełnie sądzenia nas samych, pomimo że siebie znamy a przynajmniej znać powinniśmy; wiemy jednak, że sąd taki względem bliźniego jest nam wzbroniony, a względem nas samych nakazany. Ale czyż nie godzi się nam podejrzewać bliźniego, jeżeli te podejrzenia opierają się na słusznych wnioskach? Jakkolwiek podejrzenie jest dopiero wstępem do sądzenia, należy jednak i w tym względzie być nadzwyczaj ostrożnym, aby nie dać się uwieść mylnymi pozorami i nie posądzać bliźniego lekkomyślnie. Dla uniknienia tego zła, święty Biskup daje następującą wyborną radę: Ponieważ na każdy czyn, mówi on, z wielu stron zapatrywać się można, należy więc zawsze obierać najpiękniejszą jego stronę. Jeżeli nie możemy usprawiedliwić złego postępku naszego bliźniego, ani nawet jego intencji: to starajmy się zmniejszyć jego winę, przedstawiając gwałtowność pokusy albo nieświadomość i ułomność ludzką, tak aby przynajmniej to zło nie pociągnęło za sobą wielkiego zgorszenia. Zresztą, dodaje jeszcze nasz Święty, kto czuwa pilnie nad własnym sumieniem, ten nie zajmuje się sądzeniem innych; tylko próżniacy niedbali w spełnianiu swoich obowiązków, śledzą ciekawie cudze sprawy. Ale czy tak łaskawe traktowanie złego nie będzie jego uprawnieniem i kładzeniem niejako wezgłowia pod ramię grzesznika? Bynajmniej, gdyż nie sądzić bliźniego lekkomyślnie, znaczy to ani chwalić, ani usprawiedliwiać jego błędów, ale obchodzić się z nim łaskawie, jako z bratem, którego błędy obudzają w nas współczucie i pobłażanie przez pamięć na groźbę Zbawiciela ostrzegającego, że sąd bez miłosierdzia czeka tych, którzy dla innych miłosierdzia nie mają. „


 Danionek: 18.11.2008, 21:58
 Łukaszu! Jak mozesz tak twierdzic??!! Przeciez malzenstwo jest czyms nieskazitelnym i pieknym mowiac o sferze wspolzycia. A podniecenie jest rzecza naturalna i piekna a nie zla! Powiedz mi w ktorym momencie Bog powiedzial ze to oddala nas od niego?! Mowisz prawie jak meski szowinista... >zal<
 Joanna.: 03.11.2008, 13:07
 samotność to życie bez sensu, chociaż wiem, że trzeba żyć dla Boga, jednak człowiek to taka istota, iż potrzebuje żywego kontaktu z człowiekiem, czy to będzie kolega, przyjaciel, czy ukochany/mąż etc. Mówią niektórzy np: kup sobie psa albo kota nie załatwi sprawy, bo ze zwierzęciem nie można porozmawiać. Czasy są pokręcone i jak nie chodzisz na dyskoteki, jesteś zamknięty w sobie to zapomnij o kolegach. Radzić jest bardzo łatwo, tylko że ten co ma dylemat musi sobie radzić z nim sam. Czy istnieje znajomość, miłość bez zobowiązań? Czy zawsze musi być coś za coś? Nawet w związku... Do samotności trzeba być stworzonym, nie wierzę w to że osoby samotne czują się z tym dobrze. Chociażby na starość co pozostaje? 4 puste ściany :/ człowiek czuje się również samotny w związku/małżeństwie... Można mieć super przyjaciół, hobby itd. ale nic nie zastąpi miłości do drugiego człowieka, w tym przypadku kobiety lub mężczyzny.
 ona31: 28.10.2008, 06:55
 SAMOTNOśC TO TRAGEDIA A NIE DRAMAT CHYBA żE CHCESZ BYć ZAKONNICą . SAMOTNOść NIE Z WYBORU PRZEWAżNIE TAK JEST TO PRAWDZIWA TRAGEDIA . TAK JEST U MNIE. żYć SIę NIE CHCE. CZłWIEK ZASTANAWIA SIE PO CO MU TAKIE żYCIE ,MOżE żEBY MIAł JE INNY ALE SZCZęśLIWE W RODZINIE MAłżENSTWIE,MACIERZYńSTWIE ,MóGł SIE SPEłNIAć A NIE TAK WEGETOWAć NA TYM śWIECIE DO śMIERCI .
 Ola: 13.09.2008, 17:02
 Beato rozumiem. Możesz podać jakiś kontakt? Ile masz lat? Pozdrawiam
 Łukasz: 11.09.2008, 13:50
 Samotność jes lepszą drogą do siętości ponieważ wiąże się z brakiem w spółżycia niestety w małżeństwie trudniej jest wyzbyć sie popedu sexualnego, i spokój wewenetrzny człowieka będacego blisko Boga kaleczony poprzez podniecenie które występuje pod wpływem współmałżonka. Podniecenie z samej natury jest sprzeczne ze staenm duchowym człowieka który chec być blisko Boga. Oczywiście można nawet w małżeńswtie probować wyzbyć sie podniecenia ale napewno jest do dużo trudniejsze niż w samotności.
 Anioł: 31.08.2008, 15:56
 witajcie no cóż, próbować całe życie na tym spędzić, o nie tylko nie to. A druga kwesta , próbować wszelkich możliwości, też bym tak optymistyczna nie była, bo niestety nie mam dobrych doświadczeń. A to, że jestem sama nie jest moja tragediązyciową, i wcale nie podjełam tej drogi z wygodu, na pewno nie. Ale na siłę nie będę starała się bywac tu i ówdzie to nie dla mnie. I uważam, że mogę pięknie żyć będąc sama, i nie zamierzam na siłę szukać wypełnienia, bo tylko Jezus może znaleźć najlepsze wypełnienie dla mojego serca. czytając ten artykuł poczułam się jak ktoś gorszy, bo nie spotkałam kogoś z kim mogłabym przejśc przez życie, i powiem, że zrodził się we mnie bunt, nie zgadzam się z wieloma kwestami tu podanymi.
 Beata: 21.08.2008, 21:38
 jak mam wyjść do ludzi.. gdy przeczytałam te słowa, to zaczęłam płakać.. przecież mogę albo spotykać się z jedną czy dwiema koleżankami, albo też jak ze znajomymi to od razu do pubu, czy na libację.. to wszystko jest takie trudne:/ nie chcę znajomości przez internet, ale nie chcę też znajomości w pubie, nie mówiąc o miejscu i czasie, gdy ludzie grzeszą, spożywając alkohol w dużych ilościach.. łatwo powiedzieć: wyjśc do ludzi.. trudniej wykonać..
 madzia: 21.08.2008, 18:18
 SZCZĘŚĆ BOŻE!!!!! WSPANIAŁA STRONKA!
 ela.137@interia.pl: 21.08.2008, 11:34
 Paulino napisz jak można Ci pomóc. Z modlitwą. Ela
 PAULINA: 17.08.2008, 22:43
 POMÓZCIE
 judini: 10.08.2008, 01:28
 mój chłopak się żeni... ale nie ze mną.
[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] (26) [27] [28] [29] [30] [31] [32]


Autor

Treść

Nowości

Modlitwa do bł. ks. Bronisława MarkiewiczaModlitwa do bł. ks. Bronisława Markiewicza

Litania do bł. ks. Bronisława MarkiewiczaLitania do bł. ks. Bronisława Markiewicza

Modlitwa do św. Hiacynty MariscottiModlitwa do św. Hiacynty Mariscotti

Modlitwa do bł. ks. Zygmunta PisarskiegoModlitwa do bł. ks. Zygmunta Pisarskiego

Modlitwa do św. TeofilaModlitwa do św. Teofila

Modlitwa do św. MartynyModlitwa do św. Martyny

Najbardziej popularne

Modlitwa o CudModlitwa o Cud

Tajemnica SzczęściaTajemnica Szczęścia

Modlitwy do św. RityModlitwy do św. Rity

Litania do św. JózefaLitania do św. Józefa

Jezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się JezusowiJezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się Jezusowi

Godzina Łaski 2025Godzina Łaski 2025

 [ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2026 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej