Do Gosi
To co napisałas w swoim wpisie to bardzo słuszne spostrzeżenia.W sumie nie muszę nic dodawać.Jakbys chciała pogadac to napisz na mojego maila.Pozdrawiam (4130)| Ania, lat 24 | data: 08.07.2008, godz: 00:00 |
Do Marcin,
Z góry przepraszam, że moje myśli są nieposkładane, ale fragmenty, które Ty przytoczyłeś wydają mi się co najmniej dziwne. Odrazu piszę że mogłam nie zrozumieć wielu rzeczy. Ale czy naprawdę aż tyle łask płynie z naszej słabości z naszego grzechu?
Ja jestem człowiekiem, który popełnił grzech ciężki, pewnie będzie bolal przez całe życie. Proszę Boga by byla to moja wina "błogosławiona" i być może wiele się zmieniło przez to w moim życiu. Ale przecież gdybym mogła wybierać to nigdy bym nie popełniła tego grzechu raz jeszcze, bo sieje on spustoszenie w moim wnętrzu i ciągle bardzo boli. No i jak każdy grzech rani Jezusa. Nie rozumiem więc czemu ludzie, którzy nie popełnili grzechu ciężkiego mają dostąpić mniej łask. Nie rozumiem czemu ludzie, których nic nie boli w środku, którzy żyją po Bożemu, ale są dojrzali emocjonalnie, pewni siebie i odważnie idący na przód są zamknięci na łaski. Wiem, że lekarza nie potrzebują zdrowi...ale często zastanawiam się jaki właśnie Ci zdrowi mają do tego stosunek...chyba, że w tym wszystkim chodzi o to, że każdy z nas ma w środku jakieś rany i każdy z nas jest tą owieczką, której szuka Jezus???
Chętnie przeczytam co o tym myślicie.
Pozdrawiam
a. (4129)| gosia, lat 21 | data: 07.07.2008, godz: 22:34 |
Do J (Justyna)28: przechodziłam przez stan podobny do Twojego i nie wytrwałam. Straciłam wiarę, a w każdym razie nie umiem już wierzyć tak, jak naucza Kościół. Dawniej byłam inna, starałam się żyć zgodnie z Ewangelią, wydawało mi się, że kocham Boga. Jednak zagubiłam się. Tracę nadzieję na powrót. Ciężko mi z tym. Nie popełniaj moich błędów. U mnie zaczęło się bowiem od myślenia, że jeśli nie czuję obecności Boga, to Go przy mnie nie ma. W gruncie rzeczy jednak to chyba nie o uczucia tu chodzi... Uzależniłam sie od myślenia tylko o własnych emocjach: np. kiedy wracałam pełna entuzjazmu z jakichś rekolekcji i czułam się pozytywnie naładowana, wydawało mi się, że wtedy jestem dobrą chrześcijanką. Tak naprawdę rosła wówczas moja pycha, a nie wiara. W końcu nadszedł jeden i drugi kryzys, jakiś problem, jakieś załamanie... Już nie czułam się tak, jakbym Boga za piętę złapała, a więc zaczęłam się wycofywać. Powoli odchodziłam od modlitwy, spowiedzi stawały się rzadsze itd. Teraz mam wielki bałagan w swoim wnętrzu. Myślę, że najważniejsza jest postawa. Może gdybym wówczas nie była skupiona na własnych doznaniach, a skoncentrowała się na prawdziwej miłości, która przecież wyraża się nie w przyjemnych emocjach, a w postawie serca, byłoby inaczej. Życzę Ci siły. Pozdrawiam. (4128)| j, lat 28 | data: 07.07.2008, godz: 20:34 |
j=justyna, tzn tak mam na imie :)
dziekuje wszystkim: May77,smile,:-), Malej 27, Marcinowi... probowalam napisac cos wiecej kazdemu z Was, niz tylko dziekuje, ale nie potrafie :( zwykle nie brak mi slow, ale teraz gapie sie w monitor jakis czas, probuje i nic
w kazdym razie, poprzez Wasze wpisy Pan Bog mi przypomnial ze jestem bardzo bardzo "biedna", taka bieda i mizeria. Milosci doswiadczac nie potrafie, pragnien nie mam (chyba nauczylam sie tlumic, zeby nie cierpiec jak mniemam, choc oczywiscie one gdzies sa), a jesli chodzi o sile czy slabosc, to mam kompletnie glupia odmiane tego co strescil Marcin, bo moja silą zawsze byla slabosc i to ona mnie doprowadzila do poczucia ze jestem samowystarczalna,do zamkniecia na łaske. Wiec teraz te slabosci bynajmniej tak latwo niczego nie skrusza, jestem do takiego stanu zbyt przyzwyczajona, ja wrecz musialam sie nauczyc zyc w slabosci, niepewnosci, braku bezpieczenstwa. Taka mam konstrukcje bez jakichs dodatkowych akcji. Mialam zreszta o to dlugi czas pretensje. Teraz wiec, te trudnosci co mam, wcale nie musza mnie otworzyc na Boga. A najbardziej glupie jest to, ze ja mysle ze na siebie tez jestem zamknieta i nie wiem, nie pomoge sobie. Wiec albo Pan Bog znajdzie na mnie jakis sposob, albo klapa. Tylko czy On bedzie chcial szukac kogos, kto nie ma wiary, nie ufa, nie umie doswiadczac milosci, jest chyba jakos strasznie dziwnie zaklamany, a przede wszystkim kto jest tak strasznie zamkniety.
naprawde dzieki wsyzstkim, moze skoro Wy obcy ludzie napisaliscie cos do mnie, a niektorzy naprawde duzo :-), to moze On tymbardziej mnie nie zostawi i wreszcie cos zrobi (4127)
Wczoraj mialam bardzo ciezki dzien. Pracowalam w pralni i w pewnym momencie poszewka weszla mi w paski do prasowania i zawinela sie dookola. strasznie sie balam bo wszystkie pokoje zajete a tu maszyna przestala dzialac. Na wieczornej Mszy sw modlilam sie i prosilam Pana Jezusa aby nie bylo to nic powaznego i szef nie obciazyl mnie naprawa. Bardzo sie balam, bo wyobraznia podsuwala rozne obrazy, ale jednoczesnie czulam wewnetrzny pokoj. Dzisiaj przyjechal elektryk i w ciagu paru minut naprawil. Z radosci usciskalam go i rozplakalam sie.
Ta sytuacja wiele mnie nauczyla. Pan Jezus powiedzial w dzisiejszym czytaniu Corko ufaj. Co to wlasciwie znaczy zaufac Bogu ? i dodal twoja wiara Cie uzdrowila. Czy to oznacza, ze wiara w Jezusa i sakramenty uzdrawiaja ?
Wiecie jak ostatnio czytam Ewangelie to widze ze Pan Jezus jest dobry. szczegolnie lubie przebywac przed Najswietszym Sakramentem. Mam takie ostatnio uczucie ze Pan Jezus uzdrawia moje oczy od brudu z przeszlosci i bardzo lubie cisze. Zmienilam mieszkanie i moj pokoj jest tak polozony ze kiedy leze w lozku upajam sie cisza. Nawet cicha muzyka mi przeszkadza.
Pozdrawiam cieplutko.
(4126)| Marcin | data: 07.07.2008, godz: 06:58 |
Do j. Pisałaś o ruinie którą odczuwasz. Dokładnie takie wyrażenie znajduje się we fragmencie przytoczonym przez ks. Tadeusza Dajczera. Może to ci pomoże zrozumieć sens tego co przeżywasz:
Jeżeli czujesz się mocny w sensie naturalnych możliwości, którymi dysponujesz, twoja wiara nie może rozwinąć się i pogłębić. To dlatego musisz odczuć swoją słabość, musisz zobaczyć, że czegoś nie możesz. Będzie to wezwanie do wiary. Twoja słabość, niemożność i bezradność staną się jakby szczeliną, przez którą będzie przeciskała się do twojego serca łaska wiary. Poprzez nasze zranienia Bóg daje nam łaskę pogłębienia wiary. Charles Péguy, wielki konwertyta, pisze: "Spotyka się niewiarygodne światła łaski przenikające do duszy złej, a nawet zepsutej. Widzi się zbawionym tego, kto wydawał się być straconym, ale nigdy nie widziano przesiąkniętym tego, co zostało okryte lakierem, aby przepuszczało to, co jest nieprzemakalne, aby zostało zmiękczone to, co stwardniało. [
] Stąd pochodzą tak liczne braki, które stwierdzamy w skuteczności łaski, która, podczas gdy odnosi niespodziewane zwycięstwa nad duszami największych grzeszników, często pozostaje bez żadnego skutku w stosunku do tzw. porządnych" (Note conjointe, sur M. Descartes et la philosophie cartesienne - 1er aout 1914). Jest tak dlatego, że ci "porządni", ci dorośli w sensie ewangelicznym nie mają żadnych braków, nie są zranieni, są silni, mocni, samowystarczalni, dorośli. "Ich skóra moralna, stale nietknięta - stwierdza dalej Peguy - stała się dla nich skorupą i pancerzem bez skazy. Oni nie przedstawiają tego otwarcia spowodowanego jakąś straszną raną, jakąś niezapomnianą udręką, jakimś niepokonanym żalem, jakimś szwem wiecznie źle zrobionym, jakimś śmiertelnym niepokojem, jakąś ukrytą goryczą, jakąś ruiną stale maskowaną, jakąś raną nigdy nie zagojoną. Nie ofiarowują otwarcia się na łaskę, co jest w swojej istocie grzechem. Ponieważ nie są zranieni, nie są już podatni na zranienia. Ponieważ nie brakuje im niczego, nie otrzymują więc nic. Nie mogą otrzymać tego, co jest wszystkim. Sama miłość Boga nie leczy tego, który nie ma ran. Właśnie dlatego, że człowiek leżał na ziemi, Samarytanin go podniósł. [
] Otóż, kto nie upadł - pisze dalej Peguy - nigdy nie powstanie, a kto nie był oblany potem, nigdy nie będzie otarty". Tak zwani porządni, dorośli są nieprzenikliwi dla łaski.
To kilka innych fragmentów:
Może i w twoim życiu jest jakaś straszna niegojąca się rana, może jakaś nie zapomniana udręka, nie pokonany żal czy śmiertelny niepokój, może jakaś ukryta gorycz, którą tyle rzeczy tego świata może być zaprawionych, jakieś zawalenie się czegoś. - Ty wtedy uważasz, że wszystko się już skończyło, a jest odwrotnie. To wszystko ma być dla ciebie kanałem łaski. Pan Bóg musi dopuścić tyle zranień, tyle trudnych chwil, abyś poczuł się słaby i przez to otwarty na łaskę. Gdy poczujesz się dotknięty bardzo boleśnie, pamiętaj, że jest to błogosławiony ból, który w twoim pancerzu dorosłości i porządności robi miejsce dla łaski. To wszystko jest dla ciebie szansą pogłębienia wiary. Twoja słabość sprawia, że przez wiarę może zamieszkać w tobie moc Boga. Bóg, zbliżając się do ciebie, musi uczynić cię słabszym, abyś Go potrzebował, byś wierząc i coraz bardziej Mu ufając w Nim szukał oparcia. Musi cię uniżyć, bo jesteś za duży, a zranienie uniża. Stąd każde zranienie przynosi ci szansę, że będziesz stawał się coraz bardziej ewangelicznym dzieckiem. Nieraz trzeba aż tylu zranień, aby stać się dzieckiem, by kroczyć "małą drogą"
Bóg zbliżając się do człowieka osłabia go. Czyni więc odwrotnie, niż my byśmy się spodziewali. Tobie wydaje się, że to ty kroczysz ku Niemu i że w tej sytuacji winieneś stawać się coraz bardziej mocny, coraz lepiej dawać sobie radę. Tymczasem to On przybliża się do ciebie, a przybliżając się czyni cię słabszym, czy to fizycznie, czy psychicznie, czy duchowo. Czyni to po to, by mógł zamieszkać w tobie ze swoją mocą, ponieważ to twoja słabość robi miejsce na Jego moc. Wówczas, gdy jesteś słaby, nie możesz sobie ufać, nie możesz wierzyć sobie, i wtedy jest szansa, byś zwrócił się ku Niemu i na Nim zechciał się oprzeć. Tak często bronisz się przed tą największą łaską, łaską słabości, a przecież już św. Paweł pisał: "Moc w słabości się doskonali. Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. [
] Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny" (2 Kor 12, 9-10). Twoja moc i siła wcześniej czy później muszą się załamać. W rzeczywistości bowiem nie ma twojej siły, ponieważ ona jest darem - darem, który ty sobie przywłaszczasz, dlatego musi ci być zabrany.
Jeżeli Bóg zechce się tobą posłużyć, to na zasadzie twojej słabości. Kiedy próbujesz apostołować w poczuciu siły i mocy, stajesz się antyznakiem. Ludzie nie chcą twojej mocy, twojej własnej mocy, ponieważ jest ona dla nich upokarzająca. Pan Bóg też, aby uczynić cię znakiem i posługiwać się tobą, nie potrzebuje twojej siły, wręcz przeciwnie, potrzebuje twojej słabości.
Jeśli chciałałabyś poczytać więcej to zajrzyj na http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/rozwaz_wiara_03.html Mam nadzieję, że chociaż trochę będzie to pomocne.
(4125)| :-) | data: 06.07.2008, godz: 23:59 |
Do „j”, lat 28:
rozumiem doskonale Twoje rozterki, gdyż są one bardzo ludzkie. I nie zamierzam swoim wpisem bynajmniej nakłaniać Cię, byś robiła dobrą minę do złej gry. Pragnę jedynie uświadomić coś, co jest wynikiem obserwacji. A zatem: nasze pragnienia nadają treść życiu. I tak: kto żyje jedynie na poziomie zaspokajania swoich popędów w życiu zazwyczaj „zadomawia” się dość szybko, z różnymi zresztą konsekwencjami. Inaczej sprawa wygląda w przypadku osób o wysokiej świadomości siebie, z wartościami - nie wchodzą w zdarzenia z wystającym językiem, żeby się „nahapać”, ale z racji, że podchodzą do podstawowych zagadnień poważnie i odpowiedzialnie, przeżywają w trakcie poszukiwań różnorakie rozterki. Ważną umiejętnością jest, jak mi się wydaje, odpowiednie znalezienie się zarówno w wymiarze ziemskim, jak i w przestrzeni wiary – ich zharmonizowanie. Są różne formy w zależności od drogi, jaką ktoś wybiera. Zatem, jeśli wybierasz zakon, poświęcasz siebie Bogu, poślubiasz Go, żyjesz modlitwą i kontemplacją – każdy wie, o co chodzi... Inaczej sprawa się ma, jeśli decydujesz się na stan świecki: w tym wypadku zmieniają się pewne proporcje... Po pierwsze, nie znajdziemy tu swojego miejsca, jeśli zaczniemy czynić ze swego życia zakon, o nie. Pan zaprasza w tym wypadku do relacji, ale nie tylko z Nim. Ma to być również szczególna relacja z drugim człowiekiem. I nie oszukujmy samych siebie, powtarzając sobie w duchu, że nie ma w nas miejsca dla nikogo innego, skoro najważniejszy jest Bóg. Pan chce partycypować w relacjach międzyludzkich, lecz ich nie dyskwalifikować, pomniejszać ich wagi dla nas samych. Błogosławi też miłości, tej płodnej, tej pięknej, jaka może połączyć dwie osoby – i uważam, że ona w dużej mierze jest Jego darem, bo czy sam człowiek jest w stanie ją „wypracować”?
„j” – do tego właśnie jesteś zaproszona. Nie przekreślaj swojego dorobku, dobrego serca i innych pozytywnych cech, jakich nabyłaś udzielając się w takich czy innych organizacjach – to będzie owocowało w Twoim życiu J. Może właśnie te cechy, to dobro, które w sobie nosisz, przyciągnie czyjąś uwagę i ten ktoś postara się o Twoje względy jako cenną wartość. Bo wiesz, kiedy mężczyzna kocha naprawdę, wszystko co robi staje się tego wyrazem. W końcu miłość to postawa, nie tylko słowa... Jeśli zobaczysz, że jest tego wart, pozwól mu wejść w przestrzeń Twojego serca, a odkryjesz, że Twe życie nie będzie już takie samo. Daj poznać siebie, swoje pytania, rozterki i wątpliwości, mniejsze i większe radości i smutki – on właśnie istnieje po to, by Ci pomagać, by żyć „dla” i w tym znajduje swoją realizację J. Jego życie bez Ciebie też jest puste... Uwierz, na pewno taki jest, ten, którego przyniesie dzień, a może już przyniósł, a nie dostrzegasz, nie doceniasz, uciekasz... Kolejna kwestia jaką chciałbym poruszyć są nasze oczekiwania: no cóż, trzeba przywyknąć do prawdy, iż ludzki los nie jest lukrowanym tortem, jak to wyobrażaliśmy sobie w dzieciństwie, nie wszystko się nam należy; nie jest również odbiciem naszych życzeń w stosunku do Boga. Podważanie Jego istnienia jest dużym uproszczeniem i nie w tym tkwi problem. Otóż, z niejednych rekolekcji wynieśliśmy przekonanie, że Bóg rozwiąże za nas niejeden węzeł, da jasność oglądu, stuprocentową pewność, naoczny znak, co robić. A co z naszym sercem, czy go o to pytamy? Zdroworozsądkowa zasada winna brzmieć: żyj w stanie łaski, przyjmując to, co przychodzi, ale zarazem czyń wszystko tak, jakby to zależało jedynie od ciebie. Bóg owszem – daje życie, daje stosowny czas i okoliczności, ale daje również rozum i ...serce.
(4124)| Mała 27 | data: 06.07.2008, godz: 23:15 |
Do j 28
Dziekuje za Twoj wpis. Mam bardzo podobny problem do Ciebie tylko nie mialam odwagi zeby o tym napisac... tez czuje jakby Pan nie mial dla mnie zadnego planu, jakby o mnie zapomnial, nie moge znalezc swojej drogi w zyciu (chociaz mam juz tyle lat)... tez nie umiem otworzyc swojego serca, jest mi ciezko...
Przepraszam ze moje wpisy są takie pesymistyczne. (4123)| smile | data: 06.07.2008, godz: 22:47 |
Do J:
Chyba bardzo skromna z Ciebie osoba, zapewniam Cię, że nie jesteś beznadziejna i dziwi mnie,że sama tak o sobie mówisz, jakiekolwiek nie jest Twoje życie i jakichkolwiek błędów nie popełniasz.
Mnie też jest ciężko czasem się modlić, powiedz o tym wszystkim Panu Bogu, o tym, że bardzo byś chciała tak naprawdę Go pokochać i doznać Jego miłości w swoim życiu bo chyba tego Ci brakuje, tak wnioskuję z Twoich wypowiedzi. Powierz Mu to wszystko, a On sam przyjdzie do Ciebie w odpowiednim czasie, bo wie, że może nie do końca wiesz jak Go znaleźć, ale bardzo Ci na tym zależy. (4122)| ... | data: 06.07.2008, godz: 21:56 |
Dziekuje za odpowiedzi.. ja mam tak czesto po spowiedzi.. to sie chyba zaczyna u mnie jakiś problem ale powierzyłam to wszystko Matce Przenajświętszej.. Wiele w swoim życiu miałam spowiedzi naprawde złych a teraz naprawde chce żyć dobrze chce to wszystko naprawić tylko chyba nie do końca mi sie udaje....Pozdrawiam wszystkich :* (4121)| j, lat 28 | data: 06.07.2008, godz: 21:51 |
do May77 - dzieki za wpis, nie, na pewno to nie moj przypadek, ja nie chcialam sprawiac wrazenia ze jestem wporzadku, ja mysle ze to zle ze nie mam grzechu, tzn moze bardziej precyzyjnie, ja nie widze i nie mam zadnej okazji teraz popelniac grzechu ciezkiego, ale mysle ze lepiej dla mnei jakbym popelnila grzech i doznala milosierdzia, moze wtedy nie bylabym taka zamknieta. W kazdym razie, mysle ze zamkniete serce to jest cos gorszego niz byc grzesznikiem :(, tak samo jak gorsze jest byc obojetnym. Ja wcale nie szukam Boga, tzn szukajac Go niby nie JEgo tak naprawde szukam, szukam ulgi od tego niezycia, mam trudnosci tez w zyciu zawodowym i w ogole jest tak srednio. JEstem zamknieta na Boga i nie potrafie sie modlic, nie ze tego chce, ale ciezko jak sie to zobaczy mowic ze jest inaczej. Jedyne co mnie pociesza, to to, ze juz sobie naprawde nie radze i ze jestem juz taka ruina, ze nie mam nic i chociaz nie bede miala czym kupczyc. W kazdym razie, wstyd by mi bylo, gdybys myslala o mnie dalej jak pomyslalas, pewnie sie zle wyrazilam, ja naprawde nie jestem przypadkiem zadnej nocy, blagam nie rob mi tego i nie mysl tak o mnie bo mnie to kompletnie zalamuje, nie chce byc ejszcze bardziej beznadziejna niz jestem (tzn wprowadzac innych blad chocby nieswiadomie). To naprawde sie do mnie nie stosuje, az mnie to przeraza, ze tak glupio widac napisalam. Niech nikt tak juz nie mysli, please. Do spowiedzi sprobuje sie zmusic. (4120)| Gosia | data: 06.07.2008, godz: 19:39 |
Chcę Wam powiedzieć, że pisałam jako "danusia 23" a wcale nią nie jestem. Ukryłam się pod innym imieniem i zmieniłam swój wiek, by nie zostać rozpoznaną przez swojego chłopaka gdyby przeczytał moje wpisy. Wiem, że to był błąd. Przepraszam, że Was oszukałam. Całą sprawę i mój związek powierzam Bogu. Z Bogiem! (4119)| May77 | data: 06.07.2008, godz: 19:12 |
Droga j 28 Tak, ja wierze w Pana Boga i wiem ze ma plan dla mnie i dla Ciebie. Po tym co napisales mysle nawet ze ma dla Ciebie cos naprawde wspanialego skoro pozwolil odczuc Ci taka pustke. Wielu swietych kosciola pisze o takiej pustce, wielu wspomina czas ciemnosci i beznadziejnosci np Sw Edyta Stein, Sw Tereska od Dzieciatka Jesus. Mozesz czuc sie w pewien sposob wybrana, bo jak piszesz ta pustka w Tobie nie jest powodem grzechu ciezkiego. Pan Bog lubi jak sie go szuka Ojciec Pio tez o tym wspomina. Jezeli masz przeszkody w drodze do odkrywania prawdy o Panu Bogu to tymbardziej sie tym ciesz i pokonuj je z wieksza sila. Aby ziarnio wydalo owoc musi umrzec. Nie moze byc tak ze w zyciu zawsze swieci slonce, musza byc tez noce. Mysle ze w ciemnosciach duchowych zawsze trzeba szukac pomocy w konfesjonale, bo tam zawsze ulgi doznajemy. To jest moja rada i lekarstwo na wszystkie problemy. Wczesniej czy pozniej swiatlo sie pojawi. Wiem to bo tego doswiadczylam. (4118)| j, lat 28 | data: 06.07.2008, godz: 18:39 |
witam wszystkich, jak widac mam 28 lat, to nie jest tak calkiem malo. Urodzilam sie w rodzinie bardzo wierzacej, od malego bardzo doslownie podchodzilam do ewangelii i odkad pamietam Bog byl dla mnie wazna osoba. Potem z moja wiara bylo roznie, rozne doswiadczenia mocno mna zachwialy na roznych etapach. Bylam w 4 wspolnotach, niekoniecznie dobrych, duzo jezdzilam w rozne miejsca, duzo rozmawailam, szukalam. Tak mi sie przynajmniej wydawalo. Szukalam bliskosci Boga, szukalam swojego powolania. Oczywiscie mialam swoje jakies problemy i kryzysy zyciowe, sytuacja wiary zawsze sie jakos na to nakladala. Niby nawet bylo tak, ze kazdy kryzys powodowal jakies inne dotkniecie, jakas nowa jakosc zycia i wiary. I naprawde dlugo wierzylam, a przynajmneij tak mi sie wydawalo. Tymczasem gdzies sie to ulotnilo. Albo tak naprawde jeszcze nie poznalam Boga, pomimo tych wszystkich rekolekcji i tego calego mojego uczestnictwa w zyciu religijnym. Dzis czuje sie bankrutem. Naprawde. Doszlam do tego, ze tak naprawde nie wierze ze Bog ma dla mnei jakas droge, ze Mu na mnie zalezy, ze to co mi sie wydawalo obietnica dla mnie rzeczywiscie na mnei czeka, ze On ma jakis plan i moze przede wszystkim, ze potrafi do mnie wyjsc, znalezc mnie, ze w ogole bedzie mnie szukal, ze ma droge wyjscia dla mnie i ze jest dla mnei szansa na zycie. Strasznie mnie to boli, odkad to zobaczylam. Ja chcialabym wierzyc, potrafie pieknie mowic o Bogu, ale neistety, mysle ze w glebi serca nie ma we mnie wairy nawet w to, ze jestem dla Niego wazna. Nie wiem co mam z tym robic, bo nie popelniam grzechow ciezkich, chodze wiec do Komunii, ale przeraza mnie ten brak kontaktu z Bogiem. Nie potrafie do Niego przyjsc, nie potrafie sie modlic, nie mam sil walczyc z beznadzieja i poczuciem bezsensu mojego zycia i poczuciem bezwartosciowosci mojej osoby. Teraz ogolnie, tak zyciowo, tez nie jest najlepiej. Ale nie potrafie juz myslec, ze kryzys jest dobrem. Skoro ostatecznie doszlam do tego, ze nie ma we mnie wiary. To jakas porazka. Najgorsze jest to, ze niby jestem w kosciele, niby uczestnicze w zyciu kosciola, ale mnie jednoczesnie nie ma i nie wiem jak to zmienic. Czuje sie bezradna i taka beznadziejna. Probowalam umowic sie na rozmowe z ksiedzem, ale od pol roku mi to nie wychodzi. Probowalam sie zapisac na rekolekcje, najpierw sie nie udalo, wpisano mnie na liste rezerwowa, ale potem okazalo sie ze zwolnilo sie miejsce. Boje sie, czy cos mi nie przeszkodzi tam pojechac (mialam podobne zwroty akcji juz w zyciorysie) a jesli sie uda, czy bede umiala tam spotkac sie z Bogiem. Skoro mam tak zamkniete serce (najwyrazniej) i naprawde nie wiem jak sie je otwiera. Czy ktos wie jak otworzyc sobie serce na Boga? Czy ktos z Was wierzy w Boga, tak naprawde, wierzy i ma ufnosc ze jego zycie jest w planie Bozym, ze Bog naprawde przyszedl dac nam zycie w obfitosci? Ja nie wiem, moja sytuacja wydaje mi sie nieciekawa. To juz dlugo jest nieciekawie, ale to co ostatnio zauwazylam, ten brak wairy i niemoc zeby to zmienic, takie zamkniecie od srodka i bezradnosc, to przytloczenie i brak sil zeby walczyc. Nie chce sie poddawac. Ale nie mam juz sil walczyc. Tymbardziej ze wydaje mi sie to bez szans. Widac ze w ogole nie mam wiary nadziei i nie wiem co to milosc. I naprawde czuje bezradnosc. A jak sie nie wierzy w to ze Bog ma cos dla nas dobrego, ze naprawde Mu na nas zalezy, to nie przychodzi sie do Boga dla Boga, tylko po zabawki czy usmierzenie bolu. Ale nawet jesli wiele widze, to ani nie wiem czy dobrze, ani nie wiem co robic. Jak sobie otworzyc serce, jest na to jakas rada? (4117)| Ja , lat 24 | data: 06.07.2008, godz: 15:58 |
Tomek, brawo!!! (4116)
6. Nie cudzołóż! - Tak mówi PAN - zamykam dyskusje dot. związku z rozwodnikiem. (4115)| biedrona | data: 06.07.2008, godz: 12:34 |
Do tu ziemia
cytat "Mi się wydaje ze w życie trzeba starać sie przeżyć godnie i w miłości. I że to własnie o to chodziło Najwyższemu. Wizja zycia wiecznego ma być tylko zachetą do godnego zycia.Skupianie się tylko na swym przyszłym życiu wiecznym jest nieco egoistyczne ".
Nie każda miłość jest dobra no chyba że Basia ma żyć miłościa platoniczną a chyba nie takiej szuka. Miłość a miłość to spora różnnica.Dążenie do życia wiecznego wypełniając wolę najwyższego; a życie w związku ( współżycie może dokładniej) z osobą żonatą albo bez ślubu nie jest z całą pewnością pełnieniem woli Najwyższego ani dążeniem do zbawienia. Jeśli klepanie pacierzy jest bezproduktywne to po co istnieją zakony kontemplacyjne? po co istnieją karmele? (4114)
Prosze wszystkich o modlitwe zeby kobieta o ktorej wczesniej pisalem dala szanse temu zwiazkowi i zebysmy sprobowali go stworzyc, nawet jesli nie jest nam pisane byc razem i za jakis czas przyjdzie sie nam rozstac, to chcialbym sprobowac, bo nie chce zeby tak to sie konczylo, nie w taki sposob ktory jest bardzo bolesny dla mnie, czuje sie nie doceniony, jak bym bym gorszy od innych, tylko dlatego ze jestem mlodszy. Jesli bysmy sprobowali i nie wyszloby to z pewnoscia ból bylby przy rozstaniu ale inny niz teraz, przynajmniej nie czul bym sie jak przedmiot ktory zostal wyrzucony. Prosze wszystkich o modlitwe. (4113)| Mariusz | data: 05.07.2008, godz: 20:53 |
Rozdział drugi: „Dziki, którego obraz nosimy”, wnosi rzuca głębsze światło na wspomniane trzy charakterystyczne dla pojęcia męskości tęsknoty, uświadamiając czytelnikowi, że taki właśnie jest Bóg - kimś, kto prowadzi walkę [ta walka, jak słusznie zauważa J. Eldredge przewija się nie tylko przez strony Starego Testamentu: „Usiłuję ratować nas od zaszczepionego nam bardzo, bardzo fałszywego obrazu Boga – zwłaszcza Jezusa – a co za tym idzie, ratować mężczyzn stworzonych na Jego obraz”], kocha przygodę [„Teologowie, stojąc na straży wszechwładzy Boga, zdecydowanie przesadzili. Postawili nas wobec Boga szachisty grającego po obu stronach szachownicy, który wykonuje ruchy za siebie i za nas (...) Bóg jest osobą, która podejmuje ogromne ryzyko. Bez wątpienia największym ryzykiem było danie ludziom i aniołom wolnej woli (...) daje nam ogromne możliwości wyboru (...) Żyje (...) w dynamicznej relacji z nami i naszym światem (...) Naturą Boga nie jest zmniejszanie ryzyka i obrona baz (...) Przez większość czasu pozwala, aby przewaga nie była po Jego stronie (...) Relacja Boga z nami i naszym światem jest właśnie tym: relacją. I jak w każdej relacji jest w niej pewna dawka nieprzewidywalności i zawsze obecne prawdopodobieństwo, że zostaniesz zraniony. Ostatecznym ryzykiem, które ponosi każdy z nas jest miłość (...) Gotowość Boga do podejmowania ryzyka jest oszałamiająca”] i zabiega o swoją Oblubienicę. Cdn. (4112)| May | data: 05.07.2008, godz: 19:43 |
Do "tu ziemia" i "Basia29"
Mysle ze wszystko trzeba w zyciu rozwazac i nie mozna powiedziec ze zawsze cel uswieca srodki. Bo jak coraz czesciej slyszymi milosc to nie uczucie to cos o wiele glebszego. Milosc to trwanie, na przekor burzom, zawiejom, i upalom, z osoba ktora sie wybralo. Jest pociag fizyczny, czesto tak silny iz wydaje sie ze jest wielka miloscia ale z czasem on przemija i otwiera oczy. Mozna powiedziec ze jak kochasz to walcz, ale nie w kazdym przypadku. Ludzie grzechy tlumacza miloscia. Ale tak naprawde to nie jest milosc, to jest egoizm i zadza posiadania. Jak wejrzysz w glab siebie to zobaczysz jak w Tobie jest wszystko proste. Jasne drogi a na nich proste oznaczenia, tam idz a tam nie idz, ale jak zaczniesz pozadac to zaczynaja sie skroty i tlumaczenia. Potem wszystko sie wali bo nie bylo na skale zbudowane. Trzeba zyc z Pismem Sw, i z 10 przykazaniami. Jak jest napisane nie pozadaj zony blizniego swego to znaczy nie pozadaj. Tam nie ma warunkow typu, pozadaj jak im sie nie uklada, albo pozadaj jak myslisz ze kochasz te osobe, albo pozadaj bo jest dla Ciebie mila i dobra. Tam jest wyraznie NIE POZADAJ ZONY Blizniego swego ani zadnej rzeczy ktora jego jest. I to nie jest po to by nas zgnebic, oddzielic od szczescia, tylko wrecz przeciwnie aby nas uratowac. Wierze w to ze Ci ktorzy odeszli do wiecznosci, gdyby mogli wrocic ponownie i krzyczec, to krzyczeli by Zaufajcie przykazaniom BOZYM. (4111)| May | data: 05.07.2008, godz: 19:15 |
Do ... Przy nastepnej spowiedzi powiedz ksiedzu co lezy ci na sercu z poprzedniej spowiedzi, ale teraz juz nie drecz swojego serca, bo Pan Bog zna prawde. Zostaw to panu Bogu. Nie drecz serca, bo to tez nie jest dobre. Podesjmij tylko postanowienie ze powiesz o tym nastepnym razem. Czasami tez mam watpliwosci czy moja spowiedz byla dobra, ale jak cos mnie meczy to w szczerosci serca powierzam to Panu Bogu i nastepnym razem wyznaje przy spowiedzi. (4110)
Moim zdaniem Twoja spowiedz jest ważna.Jezeli nie zataiłas świadomie grzechu, tylko powiedziałaś cos na opak z powodu takiego jaki podałas , to nie masz sie czym martwic..Pan Bóg nie jest drobiazgowy:) Radzę jednak na przyszłość nie martwić się tak bardzo tym,że ustawia sie za Tobą duza kolejka do konfesjonału, tylko odpowiadać na pytania spowiednika z większą rozwagą.Takie błędy jednak jak Twój mogą przytrafić się kazdemu.Mozesz oczywiscie wspomnieć o tej pomyłce przy kolejnej spowiedzi.Zastanów sie tez , czy waznej materii dotyczyło to pytanie, na ktore zle odpowiedzialas.Czy dotyczyło sprawy bezposrednio związanej z Twoim grzechem.Jeżeli nie, to tym bardziej nie masz się czym martwić.Mówi się jednak, że aby ukształtować dojrzałe sumienie, trzeba walczyc nawet z najmniejszymi grzeszkami, zaniedbaniami, bo one mogą rodzić te wieksze.Dlategogo jeśli Ci to w jakiś sposób ciąży na sercu i nie daje spokoju, wyznaj następnym razem wszystko kapłanowi.Z Bogiem! (4109)| Marzena | data: 05.07.2008, godz: 12:25 |
Do "tu ziemia"
Nie mogę się z Tobą zgodzić. Oczywiście, że ludzie po rozwodzie tez maja prawo do szczęścia i miłości. I z całą pewnością Bóg ich kocha, bo On kocha bezwarunkowo. Należy jednak zauważyć, że są różne rozwody i bardzo ciężko tu o jednoznaczną opinię. Uważam, że Kościół Katolicki popełnia błąd naginając się do żądań ludzi, gdyż w ten sposób traci swój autorytet. Oczywiście są sytuacje, że rozwód jest konieczny (przemoc, alkoholizm, patologie i inne ważne powody) i głupotą byłoby tkwienie w takim związku. I jestem pewna, że tacy ludzie zasługują na kolejną szansę. Jednak liczba rozwodów wcale nie wzrasta z tego powodu. Ludzie obecnie się rozwodzą ponieważ kompletnie nie dojrzeli do związków i niepoważnie traktują słowa przysięgi małżeńskiej. Naprawdę potrzeba dużo dojrzałości i odpowiedzialności by stworzyć udany związek – małżeństwo w którym dzieci mogą się prawidłowo rozwijać. U nas jak się obserwuje zawierane małżeństwa to najczęściej jest to tzw. „wpadka”, albo „wielka miłość’. Z nielicznymi wyjątkami. Przed ślubem młodzi ludzie świata bez siebie nie widzą, a potem ....szkoda pisać. I pytam się gdzie tu jest dojrzała miłość, która jest odpowiedzialnością za drugiego człowieka. Poza tym wesele to zazwyczaj wielki pokaz kreacji, huczna zabawa, alkohol. Wszyscy martwią się sukienką, jedzeniem, prezentami, że już nie wspomnę o całej gamie różnego rodzaju przesądów itp. Nie piszę, że to nie jest zupełnie ważne. Ale stokroć ważniejsze jest przeżycie sakramentu, który jest przepięknym darem. Ślub to tak naprawdę spotkanie przede wszystkim trzech „Osób” – małżonków i Boga, w którym to spotkaniu pośredniczy kapłan.
Ojciec J. Badenim w książce pt. „Kobieta boska tajemnica” (gorąco polecam tą książkę, szczególnie kobietom!) napisze „To co powoduje miłość, powoduje ekstazę. Brzmi erotycznie, ale to nie jest erotyka. Miłość jest całkiem czymś innym. Są dwa rodzaje ekstazy: jedna ciągnie do siebie, a druga przeciwnie – powoduje, że wychodzę z siebie dla kogoś. I ta druga ekstaza jest właśnie wyrazem prawdziwej miłości”. Myślę, że w słowach wychodzić z siebie dla kogoś zawarte jest wszystko. Małżeństwo to oprócz wielkiego szczęścia także w pewnym sensie ofiara. To nie zawsze jest prosta droga. Poza tym kto dzisiaj rozumie dobrze słowa „wierność”, „uczciwość”, to jest takie niemodne i staroświeckie.
Zwolennicy rozwodów mówią jeszcze o pomyłkach i błędnych wyborach. Nie zgadzam się z tym, jestem przekonana, że każdy kto prosi Ducha Świętego o właściwe rozeznanie swojej decyzji otrzymuje odpowiedź. Tylko czasami ta odpowiedź wcale nam nie pasuje i nie jest wygodna. Bo przecież jestem zakochany/zakochana i wszystko się jakoś ułoży, nie chce być sam/sama, zawiodę rodzinę, mam już tyle lat - to pora na małżeństwo itp. Myślę, że za wzrastającą liczbę rozwodów odpowiedzialne są także zbyt duże oczekiwania i lansowana w mediach „cukierkowa miłość”. ...i chyba na tym skończę ;)
Przepraszam za trochę chaotyczną wypowiedź i pozdrawiam serdecznie.
(4108)| biedrona | data: 05.07.2008, godz: 10:28 |
cytata z tu ziemia: "Czy wydaje Ci sie Basiu że człowiek po rozwodzie w oczach Boga juz umarł??"
Sytuacja na pewno nie jest łatwa. Ale nie ma tez się co okłamywać. Wszystko w życiu ma swoje konsekwencje i na tym tez polega odpowiedzialne życie. Jeśli ktoś miał ślub cywilny i kościelny a ma rozwód cywilny to w oczach Boga jest nadal żonaty. O stwierdzenie nieważności zawartego ślubu kościelnego nie jest wcale tak łatwo jak piszesz. Jeśli są ku temu prawdziwe podstawy to pewnie warto ale jeśli ich nie ma to trudno o szczęsliwe życie beż ślubu kościelnego. Życie się kiedyś skończy a w życiu chodzi o zbawienie. To tak jak z Adamem i Ewą. Mogli robić co chcieli ale nie mogli 1 rzeczy.
(4107)
Uśmiech na wagę słońca.
"Ile kosztuje uśmiech?" – spytałaś mnie pewnego dnia.
Odwróciłam się nic nie odpowiadając. Byłam zajęta.
Nawet nie zauważyłam, że wciąż szłaś za mną.
Już dawno minęłam cel mojej wędrówki, nie
zdając sobie z tego sprawy...
Nagle usłyszałam cichy szept:
"Ile kosztuje taki mały uśmiech? Na więcej nie
mam pieniędzy..."
Zastanawiałam się co Ci odpowiedzieć, wreszcie
zdobyłam się na kilka słów:
"Gdybym widziała gdzieś uśmiech, na pewno
dołożyłabym ci pieniędzy. Ale nie,
nie widziałam ostatnio żadnego uśmiechu..."
Wtedy spytałaś jeszcze ciszej niż wcześniej doprowadzając mnie do łez:
"A co mogę zrobić, byś pozwoliła mi być uśmiechem?"
Zobaczyłam jak obcinasz swoje piękne
warkocze koloru słońca...
"Może to wystarczy?"- spytałaś.
W tym momencie ze łzami w oczach uśmiechnęłam się, a na Twojej twarzy
znów zagościło szczęście.
I od tej chwili wszyscy już się uśmiechali...
www.dar.religia.net
(4106)| ... | data: 05.07.2008, godz: 09:15 |
Byłam wczoraj u sakramentu spowiedzi.. wyznałam wszystkie grzechy ale przy rozmowie z kapłamnem bezmyslnie powiedziałam pewien fakt i dopiero po spowiedzi uznałałam ze przecież źle odpowiedziałam na zadane pytanie... nie chcący a wynikło to z tego ze niedawno rozmawiałam o tym z pewną osobą i źle utkwił mi ten fakt w pamięci.. przy spowiedzi nie zastanawiając sie podałam poprostu wersje jaką usłyszałam od tej osoby... czy przy nastepnej spowiedzi musze to sprostować? źle soie z tym czuje ale spowiedź jest ważna, prawda?
Spowiedź to zawsze dla mnie stres uznajac ze nie moge blokować kolejki czasem sie nie zastaniowie... bardzo mi z tym źle ale nie chciałam... (4105)| tu ziemia | data: 04.07.2008, godz: 23:52 |
Do Basi.Piszesz co to był by za zwiazek....Mi się wydaje ze był by to zwiazek dwojga kochajacych się ludzi. Czy twój partner nie zasługuję na szczęscie i stabilizacje życia??Czy okazywanie miłosci i dawanie szczescia jest grzechem?? Czy wydaje Ci sie Basiu że człowiek po rozwodzie w oczach Boga juz umarł??.
Stanowisko kościoła jest jednoznaczne.Kanon wiary rzymskokatolickiej ustalony był strasznie dawno,jest niezmienny niemniej statystyki mówią ze coraz częsciej udaje sie znalesc pozytywne rozwiazanie w postaci uniewaznienia wczesniejszego ślubu.Powołano do tego sady kościelne. To taki pewien precedens. Ten problem dotyka coraz więcej ludzi gdyz ilosc rozwodów radykalnie wzrosła. Ci ludzie maja przeciez prawo do normalnego zycia ,godnego zestażenia sie i nie wolno skazywac ich za samotnosc tylko dlatego ze spotkało ich wczesniej wielkie nieszczęscie w postaci rozwodu.Kościół aby byc zywy potrzebuje wiernych. Twój partner napewno powinien spróbować. Wspieraj go i walcz o tą miłość. Bo miłość to najistotniejszy element naszego życia i jedna z najbardziej pięknych rzeczy która raduje Pana. (4104)| Kasia, lat 33 | data: 04.07.2008, godz: 20:11 |
Do Basi 29 lat: No to witaj w klubie. Byłam w takiej sytuacji, wyszłam z tego. Ogromnie Ci współczuję, bo wiem jak się czujesz. Ufam, że dobrze wybierzesz. Pamiętaj, że w życiu najważniejsze są wybory słuszne a nie wygodne. Ufaj, że Bóg Cię nie zostawi i że ma dla Ciebie plan. Wierność Bogu zawsze "popłaca", niewierność nigdy nie przynosi korzyści. Wiem, że w tej chwili Twoje serce się buntuje, rozumiem Cię doskonale. Ale uwierz, że to jest do przejścia i do rozwiązania. Bóg doświadcza czasem tak jak Hioba, by potem wynagradzać w dwójnasób. To jest próba dla Ciebie, znajdź w sobie tyle siły, by wyjść z niej zwycięsko. Tylko trzymaj się Go mocno, z Bogiem! (4103)| May77 | data: 04.07.2008, godz: 18:56 |
do .. Mysle ze probujesz Pana Boga wystawic na probe. Pomysl sobie kogo chcesz probowac. Boga ktory stworzyl wszystko co Ciebie otacza, ktory zna liczbe Twoich wlosow i wie ze cierpisz. Bog jest dobry i wiez ze za kilka dni bedziesz sie wstydzil lub wstydzila tego ze to Ty proby nie wytrzymales. Czesto okazuje sie ze to co najbardziej nas upadla nie jest warte nawet naszego rozmyslania nad tym. Wiem to, bo juz tak jak Ty krzyczalam do Nieba i chcialam aby Pan Jezus zszedl z Krzyza, jak Ci ktorzy go ukrzyzowali a potem dzialy sie cuda i chcialo mi sie wyc ze kolejny raz w zyciu wystawilam Pana na probe. On jest dobry i ulituje sie nad Toba tylko musisz wierzyc w jego moc. (4102)| May | data: 04.07.2008, godz: 18:50 |
do *** Jestem tego samego zdania co Ty. Wierze w to ze ludzie sie zmieniaja, tak jak i ja sie zmieniam. Nie jestem ta sama osoba ktora bylam przed rokiem i tez nie bede taka sama za rok. Jestem wdzieczna Panu Bogu za to ze pozwolil mi na milosc i ze dopuscil do tego co sie wydarzylo. Czuje sie przez to oczyszczona bo cierpienie oczyszcza, czuje sie silniejsza bo przetrzymane cierpienie umacnia, czuje sie wartosciowsza bo znam swoje slabosci i chce je likwidowac i znam tez swoje zalety. (4101)| M | data: 04.07.2008, godz: 18:23 |
Do TU ZIEMIA i innych
TU ZIEMIA dzięki za wsparcie:)Co do Agi to wcale nie miałem zamiaru atakować akurat jej,to co napisałem było ogólnikowe.DO ODWAŻNYCH I OTWARTYCH SERCEM świat należy...i drugi czlowiek też! Więc zamiast wysyłać sprzeczne sygnały w świat jak tu mądrze napisano zacznijmy wysyłać jednoznaczne sygnały życzliwości i uśmiechu a wtedy na pewno ktoś się nami zainteresuje. Pozdrawiam:) (4100)| Basia, lat 29 | data: 04.07.2008, godz: 18:15 |
Zakochałam się z wzajemnością w pewnym mężczyźnie, niestety on jest po rozwodzie. Nie wiem co robić. To naprawdę wspaniały człowiek, dobry, opiekuńczy, czuły. Bardzo chciałabym z nim być, wiem jednak, że Kościół katolicki jest przeciwny takim związkom. Kocham go a on kocha mnie. Chciałby się ze mną ożenić, mieć dzieci... Ale co to byłby za związek, bez ślubu kościelnego... Czuję się zagubiona... Proszę o modlitwę. (4099)| .. | data: 04.07.2008, godz: 17:07 |
Jak możesz Boże , co sobie myślisz .Oszukało mnie to . Bez komentarza. (4098)
Z tym powiedzwniem, że "nie wchodzi się do tej samej rzeki", trochę się nie zgadzam. W rzece woda płynie raz szybciej raz wolniej, ale płynie, a wiec człowiek nigdy nie jest tą samą rzeką. Raczej nie powinno się wchodzić do tej samej brudnej wody. Chodzi o to czy jesteśmy w stanie żyć dalej ze swoją wspólną i bolesną przeszłością, czy jesteśmy w stanie sobie wybaczyć, jeszcze raz zaufać, jeszcze raz spróbować być razem. 14 lat różnicy między kobietą a mężczyzną, gdy kobieta jest starsza, to duża różnica i jestem w stanie jako kobieta tamtą zrozumieć.
Ktośtam, nie miej jej tego za złe, chociaż cierpisz. Pomyśl sobie, co mogłaby ona pomyśleć i poczuć za 10 lat o tobie i sobie. 40 lat jesteś jeszcze w stanie ukryć przed światem i wyglądać w miarę atrakcyjnie. 50 lat nie jesteś już w stanie ukryć. Ty wciąż jeszcze młody w pełni sił 36-letni mężczyzna a ona 50-letnia kobieta. Kobiety trochę inaczej myślą niż mężczyźni i jestem pewna, że pomyślała sobie że możesz później oglądać się za młodszymi, nawet jeżeli teraz ją kochasz.
Kiedyś byłam na rekolekcjach. Wykładający powiedzał bardzo mądrą rzecz, tak mi się wydaje. Czasami bardzo czegoś chcemy, na przykład być z konkretną osobą a tu się nie układa i życie nam się wali. Bardzo tego chcemy i modlimy się o to gorąco. Któregoś dnia dostajemy to i stajemy się nieszczęśliwi. W życiu jest różnie i każdy ma różne doświadczenia, ale dobrze jest, gdy się człowiek potrafi pogodzić z tym, że nie można mieć wszystkiego czego się chce. Tak jest naprawdę łatwiej żyć. Ja też mam za sobą ogromne sercowe rozczarowanie. Był osobą głęboko wierzącą a jednak potrafił mi tak głęboko swoim postępowaniem wbić nóż w plecy, że aż trudno w to uwierzyć. Stosunki międzyludzkie w tym także damsko-męskie zawsze się komplikują. Jedno w nich się obroni, prawda i dialog między ludźmi. Nawet najgorsza, najboleśniejsza prawda jest lepsza od kłamstwa i rozmowa, bo milczenie potrafi dużo zniszczyć. Miłego dnia (4097)| smile | data: 04.07.2008, godz: 13:39 |
Do May:
Ja znam taką parę- ona z nim zerwała, on się modlił i walczył o nią jakiś rok, ona miała kogoś innego, ale później wróciła do niego.ALE ten związek się rozpadł po bardzo krótkim czasie i ON tym razem z nią zerwał bo wiedział, że to nie ma sensu. MOżliwe, że została dana mu po prostu szansa, żeby się o tym przekonać na własnej skórze:) Ja z własnego doświaczenia mogę Ci powiedzieć, że wchodzenie drugi raz do tej samej rzeki nie ma zwykle sensu. Oczywiście, są pary, które zrywają ze sobą a później się godzą i jest happy end, tylko jeśli ludzie się bardzo ranią to może nie warto? Może warto przeczekać i zaufać, że jest nam pisane coś lepszego, mimo tego,że wydaje się, że nic lepszego nie mogło nas spotkać i chcemy tylko tej osoby;) Pozdrawiam! (4096)
do May. Może zacznę tak... Byliśmy ze sobą prawie 1,5 roku. To była Nasza pierwsza Wielka miłość. Byliśmy wpatrzeni w siebie, rozsądnie myślący jak na młodych ludzi, zakochani, z planami na przyszlość itd, lecz pewnego dnia wszystko prysło. Nie będę dokładnie pisać co i jak, poprostu On ze mną zerwał niestety na 1,5 roku znajomości zerwał ze mną nie twarzą w twarz tylko przez internet. Brakło mu nawet odwagi... Serce moje cierpiało i krwawiło długo! Później napisałam do Niego emeila - może nie był on miły, ale ja poprostu musiałam napisać do Niego. Reakcja była Jego taka sobie, trochę przykra, bo nie znałam Go od tej strony. Myślałam że wróci do mnie, bo jak twierdzili znajomi nie byliśmy "taką zwykłą parą". Jednak tak się niestało Pewien ks. powiedział mi wtedy, że "Pan Bóg tak chciał, bo On chce dla mnie jak najlepiej" Wtedy buntowałam się na te słowa, bo skoro ja Go kochalam, byliśmy razem szczęśliwi to jak Pan Bóg mógł dopuścić do tego że się rozstaliśmy?! Jak chce dla mnie jak nalepiej skoro ja tak cierpie bez Niego?!
Dziś mija prawie 3 lata od zerwania, naszego ostatniego kontaktu. Wspomnienia czasem ożywiają, bo mimo bólu przez jaki przechodziłam, miło wspominam nasz związek. Ale wiem też, że dobrze się stało jak się stało. Tam wtedy pojawiły się różne problemy ze strony Jego rodziny...ale nie będę o tym pisać.
Wiem, że się ożenił.... Ja w niedługim czasie po rozstaniu z Nim, dzięki Adonai poznałam chłopaka. Wkrótce wychodzę za mąż :-) I teraz patrząc wstecz, widzę że z Tamtym mogłoby być później "różnie" a tak Pan Bóg chciał dla mnie jak najlepiej....
ps: Przepraszam za chaotyczność, ale tak to wyglądało w wielkim skrócie. Pozdrawiam Wszystkich serdecznie :-) (4095)| tu ziemia | data: 04.07.2008, godz: 00:16 |
W obronie M. No tak najłatwiej zrobić z kogoś od razu szowiniste i wroga narodu.Chłop napisał to co napisał i napewno nie jako atak wobec przemiłej Agi czy innych równuie wspaniałych kobiet,tylko jako opinie o nas ludziach... Przecież to fakt ze nasze wewnętrzne zapętlenia myśleniowe, blokady,obawy i brak wiary w we własne siły sprawia ze wysyłamy w świat sprzeczne sygnały. Są to istotne czynniki które utrudniaja poprawną komunikacje międzyludzką. Stąd te kłopociki..... (4094)| May | data: 04.07.2008, godz: 00:09 |
do "Ktos tam" ... Wiem ze kochasz te osobe i ze mozesz tesknic tak ze ziemia peka. ale chce Ci napisac o tym co powiedziala mi pewna kobieta ktora tez przezyla milosc podobna do Twojej i tez byla starsza o 15 lat od tego chlopaka. powiedziala mi ze bardzo go kochala, i ze po rozstaniu cierpiala przez dwa lata, ale teraz z perspektywy czasu widzi ze to nie mialo sensu. z czasem mlodszy o tyle lat mezczyzna zacznie szukac mlodszej partnerki, a ta starsza o 15 lat bedzie nieszczesliwa i zdolowana. Historia tamtego chlopaka skonczyla sie smutno, bo zatraciwszy sie w milosci do starszej kobiety zaczal pic, przegral wlasne marzenia. opuscil zone i malutkiego syna bo jak twierdzil kochal tylko te starsza o 15 lat kobiete. Po latach ta kobieta mowi ze juz nic do niego nie czuje, ze potrafilaby z nim jak z kolega rozmawiac, ma jakies tam wlasne zycie, a on hmmmm, moze pije dalej, i wloczy sie po ulicach ukrainy dokad go deportowano z USA. Trzeba zaufac Panu Bogu i nie dac sie zniszczyc. Radze to tez od siebie, bo jak napisalam ponizej tez kogos kocham i tez sie modle, ale Pan Bog wie co dla mnie dobrze i moze kiedys zwroci mi moja milosc lepsza doskonalsza, a moze postawi mi na drodze kogos cudowniejszego. Rozstanie z osoba ktora kochalam bardzo mnie zmienilo. czuje sie teraz jak motyl, chce walczyc o siebie i pokazac temu komus ze jestem wiecej warta niz onmnie wycenil. (4093)| May | data: 03.07.2008, godz: 23:45 |
Czy jest ktos tutaj, kto przezyl wielka milosc, bardzo kogos kochal, potem ta kochana osoba odeszla, odsunela sie, zaparla. Czy jest ktos kto walczyl o milosc ze wszystkich sil, nie tracil nadzeii, modlil sie. Czy jest ktos kto zaczal sie poddawac ale nadzii nie stracil. Czy jest tu ktos kto po tych wszystkich cierpieniach milosc odzyskal, wlasnie te milosc ktora tak zranila, podeptala, odeszla, ale potem wrocila. Czy taka osoba, jezeli jest tutaj na zrodelku moze dac jakies rady pokrzepic, powiedziec czy bylo warto tak walczyc. (4092)
Tobie również dziękuję za komplement:) Słowa na pewno są dojrzałe, bo nie ja je wymyśliłem.Mój wpis to taki zlepek trafnych według mnie rozważań ks.Pawlukiewicza, Johna Eldredge z książki Dzikie Serce plus moje własne obserwacje..oczywiście o natchnieniu przez Ducha Świętego zapominać nie można:).Ja dopiero z marnym skutkiem, ale powoli do przodu, staram się przekładać słowa i przemyślenia na czyny.To zadanie jest już o wiele trudniejsze, niż napisanie choćby najbardziej doskonałego wpisu:) Pozdrawiam (4091)
A dziękuję Ci bardzo za miłe słowa:)Rady, których udzielam innym nie zawsze są stosowane przeze mnie w praktyce.Oczywiście mam zamiar je wcielać w życie, ale z tym bywa bardzo różnie:)Chcę stawać się mężczyzną z cechami, które wymieniłem we wcześniejszym wpisie, jednak przede mną długa droga jeszcze.Pozdrawiam:) (4090)| Ania | data: 03.07.2008, godz: 23:14 |
Do M
Niestety Drogi M życie jest nieprzewidywalne, nie wiemy czy człowiek z którym się spotkamy będzie tym właściwym. Myślę, że każda odmowa w tak delikatnych sprawach, zadaje mniejszy lub większy ból, zależnie od czasu spędzonego razem lub nadziei jaką żywimy na związek. Jednak trzeba wykazać się ogromną odwagą, by powiedzieć drugiej osobie, że nie widzi się wspólnej przyszłości. Ja zawsze takie osoby powidziwiam, bo one też cierpią i zdają sobie sprawę, że zadają smutek innej osobie. Ale są odważne i szczere.
A to, ze kobiety są zmienne i często nie wiedzą czego chcą... Ja sama tego nie rozumiem i czasami złoszczę się, że tak zostałam stworzona. Ale niestety chyba żaden mężczyzna nie rozumie wahań nastroju spowodowanych zmianą hormonalną. Jedne kobiety przechodzą to lepiej, inne gorzej.
Ale łatwo nie jest.
Pozdrawiam! (4089)
Ja też jestem pod wrażeniem wpisu Rafała. Bardzo mądre i dojrzałe słowa! :)
Do M (całkiem jak w wierszu Mickiewicza;) - daj spokój tym biednym dziewczynom;) Przeczytaj sobie to co napisał Rafał... Myślę, że dojrzałość faceta można mierzyć też stosunkiem do kobiet... Zanim zaczniesz szukać problemu w innych poszukaj go w sobie... Wspominał o tym Gandhi - "Mówił, że najważniejszą bitwą jaką ma do rozegrania jest przezwyciężanie własnych demonów, strachów i niepewności. Twierdził, że winy nigdy nie należy szukać w innych ludziach, rządach czy wrogach, ale w samym sobie. Zauważył, że rozwiązanie problemów może nastąpić poprzez proste przyjrzenie się sobie w lustrze..."
Do Ktoś tam - pomodlę się za Ciebie. Wiem, że zawiedzione miłości bolą ale Bóg nie zostawi Cię w tym cierpieniu, pomoże Ci przez nie przejść. Wyprowadzi Cię z niego. Mi kiedyś w podobnej sytuacji bardzo pomogły słowa z Psalmu 91:
"Ja go wybawię, bo przylgnął do Mnie;
osłonię go, bo uznał moje imię.
Będzie Mnie wzywał, a Ja go wysłucham
I BĘDĘ Z NIM W UTRAPIENIU"
Pamiętaj, że On teraz przy Tobie JEST. To cierpienie nie będzie trwało wiecznie, ono minie...
"Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś - a więc musisz minąć,
Miniesz - a więc to jest piękne."
Trzymaj się. Dasz sobie radę! "Bóg musi czasami zabrać nam coś dobrego, aby dać nam to, co najlepsze" Zaufaj Mu, On nigdy nie zawodzi... (4088)| agi | data: 03.07.2008, godz: 22:14 |
Do M.
Wcale nie odsuwam partnerów od siebie, po prostu nie poznałam takiego, a naprawdę bywam w wielu miejscach, gdzie możnaby ich poznac, uczelnia, kursy, prywatki... No cóż, nie każdemu widocznie pisane. Poza tym nie jestem, jak piszesz, niezdecydowana i nie wiem czego chcę, wręcz przeciwnie, świetnie wiem i myślę, że jestem poukładaną dziewczyną, więc nie każda w źródełku jest taka jak piszesz:) (4087)| Artur Wnęk / Artii, lat 33, e-mail: artur.wnek@vp.pl | data: 03.07.2008, godz: 21:17 |
W 1928 r. Marta Robin przestala jesc i pic. Nie mogla przyjac nawet kropli wody. Utracila zdolnosc przelykania czegokolwiek. A jednak w niewytlumaczalny sposob przyjmowala Komunie sw. Ksieza przychodzacy do niej z Najswietszym Sakramentem byli zdumieni. Wystarczylo przyblizyc Hostie do warg Marty, a oplatek sam znikal w jej ustach. Ksieza twierdzili, ze Hostia doslownie wyrywala sie im z palcow.
Uprzedzony o tym szczegolnym zjawisku pewien duchowny z Wietnamu podczas udzielania Marcie Robin Komunii sw. specjalnie silniej przytrzymal Hostie. Nic nie pomoglo! Hostia bez trudu wysunela mu sie z palcow kilka centymetrow od ust chorej. W tym fenomenie upatrywano dazenie Chrystusa obecnego w Najswietszym Sakramencie do zjednoczenia sie z czlowiekiem.
Od czwartku do niedzieli kobieta przezywala mistycznie cierpienia Chrystusa. Nie mozna bylo wtedy nawiazac z nia kontaktu. Na jej ciele pojawily sie stygmaty. Budzila zainteresowanie wielu ludzi, w tym rowniez lekarzy. Badali ja bardzo dokladnie, sprawdzajac, czy rzeczywiscie nie przyjmuje zadnych pokarmow ani plynow. A im dluzej ja badali, tym bardziej byli zdumieni. Calkowicie wykluczyli mozliwosc oszustwa. (4086)| Artur Wnęk / Artii, lat 33 | data: 03.07.2008, godz: 19:07 |
-=< H U M O R >=-
Uroczystosc zaslubin. Kaplan mowi do panstwa mlodych:
- I pamietajcie o tym, co napisano w Biblii: "Gdzie pojdziesz ty, tam i ja."
Panna mloda nie moze powstrzymac sie o smiechu:
- Moj maz jest listonoszem.
-=< H U M O R >=-
(4085)| M | data: 03.07.2008, godz: 19:00 |
Do KTOŚ TAM I AGI
Chyba Cię trochę rozumiem bo mnie też zawiodła niejedna kobieta i to może rodzić pewne rozgoryczenie.Jednak nie ma sie co załamywać bo są ważniejsze problemy na świecie niż przejmowanie się tym że nie kocha nas jakaś tam kobieta. Po prostu trzeba żyć dalej i niewykluczone że spotkasz kiedyś kogoś odpowiedniego kto doceni twoje starania.A odnośnie tego co napisała Aga to przychodzi mi do głowy że te mądre i dobre dziewczyny ktore szukają chłopaka pisząc np.do Żródełka same nie wiedzą czasami kogo i w ogóle czego oczekują pisząc swój anons.Niby szukają chłopaka a w bezpośrednim kontakcie wychodzi że są pogmatwane w swoim myśleniu.No ale sprawa jest w sumie prosta-kto odpycha szanse na miłość ten sam sobie szkodzi i niech pózniej nie narzeka jeśli zostanie bez partnera bo sam do tego doprowadzi. Pozdrawiam (4084)
Dziekuje wszystkim za slowa otuchy i wsparcia, troche lepiej czuje sie, mysle ze jakos to przetrwam, samobojstwo byloby ucieczka, poddaniem sie. Bardzo dziekuje.
Miedzy nami jest 14 lat roznicy, zrobilem błąd naciskajac ją, wrecz nachodzac, ale zdarzylo mi sie to pierwszy raz, nigdy wczesniej nie zachowywalem sie tak, po prostu tak ją kocham ze chyba oszalalem. Teraz sobie mysle jakim jestem idiotą bo przez to stracilem ją calkowicie, a z drugiej strony moze tak mialo byc? bo moze nie dane nam bylo byc razem i Bog pokierowal sprawy wlasnie w ten sposob, zeby ta znajomosc calkiem skonczyla sie, zebym nie meczyl sie, nie łudził, tylko dlaczego stalo sie to w tak bolesny sposob?
Chcialbym poznac tu przyjaciela, przyjaciolke, najlepiej z mojej miejscowosci Dębno w zachodniopomorskim, lub okolic poniewaz wtedy bedzie mozna nawet przeniesc znajomosc poza internet. A moze poznam tu jakas fajna dziewczyne? Mam 26 lat. Ktostam500@o2.pl (4083)| Natalia, lat 25 | data: 03.07.2008, godz: 18:03 |
Witajcie! :) Chciałam zapytać, czy ktoś z Was jedzie w tym roku na spotkanie młodych Taize do Brukseli? czy ktoś ma takie plany?wiem, że zapisy są od 20 września, ale może już ktoś o tym myślał. Ja z przyjaicółką się wybieramy i chcemy zabrać koniecznie instrumenty, aby móc też grać(mamy nadzieje, że się uda! pozdrawiam ;-) (4082)| Marzena | data: 03.07.2008, godz: 17:50 |
Do „Ktoś tam”
Miałam coś napisać do Ciebie, ale widzę, że to zbyteczne, gdyż wszystko co chciałam „powiedzieć”, napisał już Rafał :). Ja tylko dodam, że choć tego teraz nie czujesz Twoje życie jest niezwykle cenne. Zawalcz o nie! Najpierw trzeba odnaleźć siebie i odkryć swoją wartość by móc być z kimś szczęśliwym. Nie da się na odwrót.
Do Rafała
Gratuluję wpisu. Jestem pod wrażeniem Twoje dojrzałości. Uwierz, wielu 30-letnim mężczyznom przydałoby się to przeczytać. Pozdrawiam :-).
(4081)
| | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | |